Zamiast czekać z resztą społeczeństwa na wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich, postanowiłem iść do kina. Wybór padł na produkcję, której autentycznie się bałem. Nie dość, że to kolejna próba odświeżenia czegoś, co było dobre w latach osiemdziesiątych, to jeszcze film akcji miał robić reżyser oryginalnych Mad Maxów. Facet, który kręci jeden film na kilka lat, a jego ostatnie hity to Babe – świnka w mieście i dwie części Happy Feet: Tupot małych stóp. Tyle z oczekiwań. Po seansie byłem oszołomiony i bardzo szczęśliwy, że zamiast słuchania Dudy czy Komorowskiego wybrałem Mad Maxa. Geroge Miller na prezydenta!

mm2

     Zaczyna się charakterystycznym kadrem. Główny bohater stoi na pustkowiu, tyłem do kamery. Po chwili odpala ryczące V8 w swoim aucie, akcja rusza z kopyta i nie zatrzymuje się przez dwie godziny. Fabuła jest szczątkowa, opowiedziana obrazami wybuchów, pościgów i szczątkowych dialogów. Serio, wszystkie teksty zmieściłyby się w szesnastokartkowym zeszycie.  Nolan pewnie się za głowę łapie, bo u niego jedna scena ma więcej mamlania jęzorem i tłumaczenia widzowi o co chodzi niż cały film Millera. Wielki i zły Nieśmiertelny Joe prowadzi na pustkowiu państewko swoich wyznawców – Trepów i reszty ludzkich odpadków, które szukają przetrwania. Cały system opiera się o benzynę i wodę, której Joe ma pod dostatkiem. Jego podwładną jest Furiosa, wojowniczka, która decyduje, że musi uwolnić siebie i nałożnice tyrana. Zaczyna się pościg po pustynnych bezdrożach, a w sam środek trochę przypadkowo zostaje rzucony tytułowy bohater.

mm1

     Mad Max: Fury Road to staro-szkolne kino w najlepszym stylu. Post-apokalipsa w turbodoładowanym wydaniu! Żadnego CGI, żadnych plastikowych efektów specjalnych. Wszystko jest żywe, namacalne i zabójcze. Samochody obudowane kolcami, wysięgnikami i narzędziami zniszczenia. Ryczące swoimi V8-kami, ziejące ogniem, oblepione krwią, piachem i smarem. W kinie niemal czuć swąd spalin i trzaskanie piasku w zębach. No i jak to jest nakręcone! Wszystkie sztuczki jakie znało kino przed epoką komputerów zebrane w jednej produkcji i wykorzystane z niesamowitym wyczuciem. Spowolnienia, szerokie kadry, przyśpieszenia – dynamika scen ani na chwilę nie siada i najważniejsze – nie nuży. Wiele filmów rozciągając sceny walk na 20 minut po prostu nie daje rady utrzymać widza w ciągłym skupieniu. Miller potrafi zrobić sekwencję, która wydaje się nie mieć końca, a ja chciałem więcej i więcej. Pościgi samochodowe, walki wręcz, kraksy, wybuchy, bomby, zasadzki. Ani na chwilę nie opadł mi poziom adrenaliny (benzyny?) w krwiobiegu. Tam gdzie trzeba zwolnić tempo też jest ciekawie. Czasem Max po prostu znika i wraca cały we krwi. Co się stało? Niech ci wyobraźnia podpowie drogi widzu.

mm4

     Osobne słowa uznania dla Charlize Theron. Wbrew tytułowi to ona wydaje mi się główną bohaterką filmu. Ten zresztą ma dość mocny wydźwięk feministyczny. Traktowane przedmiotowo kobiety wyrywają się z niewoli i gotowe są ginąć walcząc o wolność. Czapki z głów przed scenarzystami, a wszyscy inni niech się uczą jak zrobić mocne żeńskie postaci bez nadawania im karykaturalnych cech. Furiosa to wojowniczka z krwi i kości, a jednocześnie ani przez chwilę nie traci swojej kobiecości. Tom Hardy też wypada nieźle, ale z uwagi na tak poprowadzoną historię jest praktycznie bohaterem drugoplanowym. Świetnie pokazano traumę i problemy psychiczne Maxa. Majaki, omamy i niedomówienia. Można się domyślać co go tak prześladuje, ale nic nie jest widzowi podane na tacy.

mm3

     Szczątkowo zarysowaną fabułę spaja niesamowity i gęsty klimat. Nie jest to tak dołujące “postapo” jak “Droga” McCarthy’ego, ale na każdym kroku widać, że każdy tu jest skazany na siebie. Jedyny instynkt jaki pozostał ludziom to instynkt przetrwania. Bez względu na koszty. W kilku miejscach bohaterowie zamiast rozmawiać wykonują proste gesty albo mruczą i powarkują. Regres ludzkości jest wręcz namacalny. Trepy święcie wierzą w boską moc Joe’go, co daje nam jedną z najlepszych scen w filmie. Bez przesadnych spojlerów – kiedy usłyszałem “witness me!” szczęka opadła mi do samej ziemi. Nie zabrakło też madmaxowej przesady i groteski. Jeden z pojazdów to zagrzewający do walki to kolos z sześcioma wielkimi bębnami. Z przodu zaś ma kilkanaście wielkich głośników, a na środku do walki na żywo przygrywa facet na dwu-gryfowej gitarze ziejącej ogniem. Szaleństwo i przesada w czystej postaci. A propos gitary jeszcze. Raz słyszymy zwariowany rock i metal z lat osiemdziesiątych, a kiedy indziej liryczne melodie na fortepianie czy skrzypcach.

mm5

     George Miller dokonał niemożliwego. Ten film nie ma słabych stron. W czasach kiedy słaby remake przeplata się z jeszcze słabszym, reżyser stworzył arcydzieło. Film lepszy niż wszystkie trzy części, jakie wcześniej popełnił. A to wyczyn, bo jedynka i dwójka mają przecież status kultowych. Wyobrażacie sobie, że nowe Gwiezdne wojny będą lepsze niż Imperium kontratakuje? Że nowy Indiana Jones przebije Poszukiwaczy zaginionej arki? Właśnie tak dobry jest nowy Mad Max. Nie żeruje finansowo na swojej legendzie. Wynosi ją na zupełnie nowy poziom. Chylę czoła panie Miller.

Comments

comments