Moda (czyt. żądza pieniądza) na odświeżanie wszystkiego trwa w najlepsze. Obok remake’ów (Star Wars: The Force Awakens) i rebootów (Ghosbusters) mamy też zalew niepotrzebnych sequeli, dekady po oryginale. Tym razem trafiło na kultową serię, znaną u nas pod szyldem “W krzywym zwierciadle”. Dla wyróżnienia tym razem dorzucono podtytuł “W nowym zwierciadle”. Rozumiem nawiązanie do oryginału, ale sensu w tym nie ma za grosz. Poprzednio po prostu podkreślono, że to absurdalna komedia, a jak wygląda odbicie świata w nowym zwierciadle? Chyba normalnie, co?

     Rusty, niewydarzony syn Clarka Griswolda został pilotem (świetna scena w kokpicie) i założył własną rodzinę. Ma dwóch synów: Jamesa i Kevina oraz piękną żonę Debbie (Christina Applegate). Zamiast spędzić kolejne wakacje w nudnej chacie w lesie senior rodu wpada na pomysł wycieczki. Marzy mu się nostalgiczna podróż jaką odbył w dzieciństwie, kiedy rodzice zabrali go do Walley world. Nawiązanie do pierwowzoru jest więcej niż nachalne, ale świadomi tego autorzy ustami Rusty’ego deklarują, że to zupełnie inna wycieczka i będzie zupełnie inaczej. No i jest.

v3

     Problem w tym, że próbując robić inaczej scenarzyści nie do końca chyba rozumieli pierwowzór. W oryginalnych Wakacjach fabułę do przodu popychała podróż, próba osiągnięcia wyznaczonego celu. Przy okazji trafiały się żarty. Tu scenariusz jest pocięty na poszczególne lokacje. Jedziemy do motelu, żarcik, potem skaczemy do gorących źródeł, żarcik. Jedziemy autostradą, znak na kolejny żarcik więc zjeżdżamy, robimy śmieszną scenę i wracamy na międzystanową. Relacje rodzinne Griswoldów gdzieś tam są, ale bardzo rzadko są eksponowane, a przecież to było siłą oryginału.

     Problem jest też z poziomem dowcipów. Może ja już jestem starym prykiem, ale wrzucanie penisa w dowolną scenę, smarowanie się kupą czy 8-latek przeklinający na potęgę to raczej mało wyrafinowany humor i od komedii oczekuję czegoś więcej. Szczególnie od komedii rodzinnej. Jest kilka fajnych momentów gdzie naprawdę się ubawiłem, ale za chwilę przychodził kolejny moment z fekaliami czy żartem o gwałceniu dzieci i czar pryskał. Miejscami pojawiają się znane twarze (Norman Reedus, Chris Hemsworth czy Michael Pena), ale dostali do zagrania raczej marne sceny. Poza Thorem ewentualnie. No i nie pokusili się o oryginalność. Rusty zachowuje się tak jak jego ojciec, Debbie podobnie do swojej teściowej, a dzieci… są tak nudne i jednowymiarowe, że ich charakterystykę pominę milczeniem.

v4

     Nie jest tak, że nie podobało mi się w ogóle. Są sceny, w których cios poniżej pasa – nostalgia – działa. Kilka razy poczułem klimat starych Wakacji, szczególnie w rzadkich momentach, kiedy relacje rodzinne wychodzą na pierwszy plan. Kiedy na chwilę pojawił się Clark Griswold, serce zabiło szybciej. Poza tym Rusty okazuje się być ciut bardziej ogarnięty zawodowo niż ojciec, a Debbie wypada świetnie. Wielkie brawa dla Christiny Applegate, kreacja godna oryginału.

     Uczucia po seansie mam mieszane. Nie było tak źle jak się spodziewałem, ale to wcale nie oznacza, że było dobrze. Film da się obejrzeć i nawet trochę pośmiać, ale porównywanie tego z oryginałem to dla mnie bluźnierstwo.

Comments

comments