Rzadko zdarza się, żeby trzy filmu spod jednego sztandaru, jeden po drugim były świetne. Można je sobie stopniować, ale o żadnym nie powiemy, że to słabizna. Indiana Jones, oryginalna trylogia Star Wars i…trylogia Bourne’a. Ultimatum co prawda podobało mi się najmniej, ale to nadal kawał dobrego filmu, świetnie uzupełniający historię Davida Webba. Potem był klops w postaci Dziedzictwa Bourne’a, w którym zabrakło… Bourne’a, a dziś Paul Greengrass (dobre nazwisko;) wraca by wraz z Mattem Damonem dopowiedzieć kolejny rozdział historii o zabójczym agencie CIA.

jb2

     Znana z poprzednich części Nicky Parsons włamuje się do baz danych najbardziej znanej agencji wywiadowczej na świecie. Przypadkowo znajduje jeszcze więcej danych na temat programu, który powołał do życia bezlitosnych zbójców, m.in. tytułowego bohatera. Jason poznaje kolejną porcję prawdy i znów rusza na pościg za winnymi. W tym samym czasie ludzie, których chce ukarać nasz agent, wmieszani są w pewien projekt dotyczący… mediów społecznościowych…

jb3

     No i nie wiem co mam napisać… Problem jest następujący: Jason Bourne to niezłe, widowiskowe kino akcji, które fajnie się ogląda. Tylko, że jak mamy w tytule imię i nazwisko TEGO faceta to poprzeczka jest zawieszona naprawdę wysoko. A najnowsza odsłona nie tyle ją strąca co nawet do niej nie doskakuje. Niestety. Wszystko, albo prawie wszystko, to wina kiepskiego scenariusza. Temat programu Treadstone był wałkowany przez trzy kolejne produkcje i naprawdę się wyczerpał. Dokładanie do tego kolejnej warstwy wypada sztucznie i niewiarygodnie, normalnie “bournecepcja”, we have to go deeper… Przez to motywacja Jasona jest jasna, ale niezbyt przekonywająca. Dodatkowo dorzucony wątek z mediami społecznościowymi jest zwyczajnie cienki jak tyłek węża i kompletnie tu nie pasuje. Za każdym razem jak się pojawiał, zupełnie wytrącał mnie z równowagi. Miał być chyba jakimś komentarzem społecznym na temat fejsbuków i innych tłiterów – jako taki wypadł tanio, jakby na siłę wciśnięty w tego typu film. Mogli wymyślić zupełnie nową historię, ale trochę jak J.J. Abrams z Gwiezdnymi Wojnami nr 7, poszli po linii najmniejszego oporu i zagrali jeszcze raz to samo.

jb4

     Szkoda, bo obsada jest zacna! Matt Damon to Jason Bourne, kropka. Ponad to wraca Julia Stiles, pojawia się świetny Vincent Cassel i solidny jak zawsze Tomy Lee Jones. Mam kłopot z Alicią Vikander. Zdobywczyni Oscara, rewelacyjna w Ex Machnie tutaj… zwyczajnie nie pasuje. Miała zagrać, modną obecnie, mocną rolę kobiecą, ale wypada fatalnie. W każdej scenie gdzie stroi poważne miny wygląda jak mała dziewczynka, która zaraz się rozpłacze. I nie zarzucajcie mi przedwcześnie seksizmu! Spójrzcie jak drobna kobieta o ładnej buzi (Emily Blunt) sprawia, że człowiekowi jeży się włos na głowie, a Tom Cruise wygląda przy niej jak kadet (wojskowy, nie opel:). Tak tak, chodzi mi o Edge of tomorrow.

jb5

     Pościgi, sceny akcji, bijatyki. Wszystko jest tu w odpowiednich proporcjach i z zachowaniem wysokiego poziomu. Jedyny minus to uwielbienie rezysera dla tka zwanej “shaky kam”. Trzęsąca się kamera plus ćwierć-sekundowe ujęcia, bo ma być dynamicznie. No jest, tylko nic nie widać. Pisałem o tym już przy Ultimatum, jak widzę nic się nie zmieniło Film można obejrzeć i być zadowolonym.  Problem w tym, że nowego Bourne’a mogę porównać do takich filmów jak Jack Reacher: Jednym strzałem, Salt czy Jack Ryan: Teoria chaosu. Solidne kino akcji, bez fajerwerków, do zapomnienia po dobie od obejrzenia. Od produkcji z Mattem Damonem w roli Jasona Bourne’a wymagam dużo, dużo więcej.

Comments

comments