Trochę niesłusznie dałem pierwszemu Dżonowi Łikowi ocenę sześć na dziesięć, dziś dałbym siedem. Głównie dlatego, że mimo własnych słów w recenzji, zapamiętałem i bezlitosnego zabójcę o twarzy Keanu Reveesa i tajemniczy Hotel Continental, czyli strefę bez przemocy dla wszelkiej maści zabójców czy innego rodzaju przestępców. Drugiej części dam siedem bez zastanowienia, nawet siedem z plusem. Twórczo i ciekawie rozwija świat znany z jedynki, a także pozostaje w klimacie lekkiej autoironii.

     Tytułowy bohater po pomszczeniu psa i odzyskaniu samochodu znów zamierza wrócić na emeryturę. Udaje mu się to tylko na chwilę, bo pojawia się Santino D’Antonio. Mafiozo ma dla Johna zlecenie. Propozycja jest z tych nie do odrzucenia, albowiem Wick w przeszłości dał gangsterowi token podpisany krwią, do jednorazowego użycia. Nie ma opcji odmowy.

     Fabuła to oczywiście tylko pretekst do kolejnych scen akcji, których w filmie zdecydowanie nie brakuje. Reeves znów popisuje się kilkoma kaskaderskimi sztuczkami, walczy wręcz, strzela z różnych rodzajów broni, biega, skacze, ucieka i goni. Dzieje się sporo, jest efektownie i jak w poprzedniej części – na granicy groteski i kiczu. Przeciwnicy Wicka znów mają umiejętności taktyczne słonia w składzie porcelany i celność szturmowców z Gwiezdnych Wojen. I tu mam pierwszy zgrzyt. Wcześniej to wyglądało trochę lepiej. Wrogów było mniej, sekwencje były krótsze i trochę bardziej (jak na konwencję) realistyczne. Tutaj są momenty gdzie gangsterskie miniony po prostu wbiegają Wickowi pod lufę taśmowo, niemal od razu kładąc się na ziemi. Z tego powodu pojawiły się dłużyzny, które odzierają sceny akcji z napięcia.

     Dużym plusem natomiast jest rozwinięcie świata przedstawionego. Okazuje się, że Hotel nie jest jeden, a cała, międzynarodowa sieć. Jest tez specjalna centralka telefoniczna dla kogoś, kto chce wystawić kontrakt dla zabójców. Jest druga, niższa kasta, dowodzona przez gołębiarkę z Kevina samego w Nowym Jorku (w tej roli Laurence Fishbourne). Są wreszcie specjalne markery, znaczone krwią, związujące darczyńcę i obdarowanego.

     Mógłbym ponarzekać na kiepski popis aktorski Reevesa, ale mam wrażenie, że tutaj to celowy zabieg. Mam wrażenie, że cały film – od scen akcji, przez dialogi, po sposób gry – jest zrobiony z dużą autoironią i dużym przerysowaniem. Keanu jest jeszcze bardziej drewniany niż w najbardziej drewnianych rolach, w produkcjach, gdzie grał na serio.

     Z Johnem Wickiem jest tak, że albo wsiąkasz w ten świat, świetnie się bawisz i po seansie jesteś ukontentowana/y. Albo uważasz to za kicz, lipę i żałujesz, że wybrałeś ten film zamiast iść drugi raz na La La Land (pozdro Tomasz!). Ja jestem w tej pierwszej grupie i nie mogę się doczekać trzeciej odsłony. Polecam.

Comments

comments