Całkiem niedawno Mieciu Mietczyński znęcał się nad polską produkcją Drzewa. Film (stworzony prawdopodobnie na srogich pigułach) opowiada o czujących i myślących roślinach, głównie drzewach, które atakują i zabijają ludzi. Kto by pomyślał, że nieco ponad dekadę później ta niszowa produkcja znad Wisły zainspiruje M. Night Shyamalana? Na pewno nie ja.

th1

     Dzień jak co dzień, ludzie pracują, śpią, robią cokolwiek. Nagle wieje wiatr i nagle wszyscy w okolicy ze stoickim spokojem popełniają samobójstwa. Nauczyciel biologii, Eliott (Mark Wahlberg) wraz z żoną i córką przyjaciela ucieka przed tym zjawiskiem. Nie powiem, zainteresowało mnie to od początku. Pomysł oryginalny. Szkoda tylko, że ciekawie jest tylko pierwsze dziesięć minut. Reszta to najnudniejszy, najmniej straszny horror, jaki w życiu widziałem.

th2

     Nic tu nie straszy, nie ma klimatu i budzi raczej niezamierzony śmiech. Aktorzy grają beznadziejnie, a związek postaci Marka Wahlberga i Zooey Deschanel wygląda jak stworzony w ramach jakiejś kary. Samą Zooey uwielbiam, ale do horroru pasuje mniej więcej tak jak Michał Milowicz do dramatu w typie Długu. W filmie nie dzieje się nic wartego uwagi, niewiarygodne, że ktoś to w ogóle puścił do dystrybucji kinowej. Zdarzenie nie nadaje się nawet na poniedziałkowe kino w TV Puls, bo jest doskonale nijakie. Omijać szerokim łukiem. Jak koniecznie chcecie się bać motywów roślinnych, dwa razy bardziej przerazi wasz barszcz Sosnowskiego rosnący w pobliżu.

Comments

comments