Jeśli komuś podobał się serial Stranger Things z powodu tęsknoty za kinem lat osiemdziesiątych, koniecznie musi obejrzeć Sing Street. Historia młodego chłopaka Z Dublina, który, żeby zaimponować starszej dziewczynie, zakłada zespół muzyczny z kumplami, to historia żywcem wyjęta z minionej epoki. Tak realizatorsko jak i muzycznie. W najlepszym możliwym znaczeniu.

     Klimat wylewa się z ekrany strumieniami. Gramofony, małe odtwarzacze kasetowe, ciuchy, auta, fryzury i muzyka. Wszystko dograne idealnie do realiów epoki, które niżej podpisany jeszcze pamięta. Może stąd ciepłe uczucia dla twórców, ale nie tylko! Opowieść nie zaskakuje żadnymi zwrotami akcji, jest przewidywalna, ale nie chodzi tu o zaskoczenie widza. Chodzi o nostalgię, o sprawne poprowadzenie historii i wzbudzenie empatii wobec bohaterów. Udało się i to z przytupem.

     Filmowi towarzyszy kapitalna oprawa muzyczna. Kolejne piosenki zespołu, który założył Conor (Ferdia Walsh-Peelo), żeby zaimponować Raphinii (Lucy Boynton) brzmią genialnie i są zazwyczaj inspirowane kolejnymi zespołami (Duran Duran, Cure) podsuwanymi Conorowi przez starszego brata – Brendana (Jack Reynorn). Jedną z głównych zalet Sing street jest słodko-gorzka rzeczywistość, w której funkcjonują postacie. Motyw przewodni pozornie jest cukierkowy, ale cała otoczka już nie. Rodzice Conora się rozwodzą, on sam zmienia szkołę z powodów ekonomicznych i w nowej czuje się wyobcowany, Raphinia to sierota po przejściach, a to wszystko obserwujemy w Dublinie pogrążonym w kryzysie ekonomicznym.

     Wspomniałem wcześniej o Stranger Things nieprzypadkowo. Nie chodzi tylko o nostalgię. Tu także dobrano nieopatrzone twarze, młodych i naprawdę niezłych aktorów przez co nie trzeba się zmierzyć z problemem “o, patrz, to ten znany gość z filmu XYZ”. Stąd niepotrzebnie wzięto do roli ojca Connora Aidana Gillena. Nazwisko nie mówi wiele, ale już Littlefinger z Gry o tron? No właśnie. W dodatku on z dorosłych aktorów wypadł najgorzej. Kompletnie nie kupiłem tej kreacji. Z młodszą obsadą jest…. różnie. Para głównych bohaterów powala. Chemia między nimi jest namacalna, a początkowe zawstydzenie autentyczne. Średnio wypadają pozostali członkowie zespołu i łobuz, który uprzykrza życie Connorowi. Na osobne słowa uznania zasługuje jack Reynorn. Starszy brat, który wprowadza głównego bohatera w świat muzyki i jednocześnie w świat dorosłości to najjaśniejszy punkt całego przedstawienia. Chylę czoła.

     Jeśli miałbym jeszcze na siłę szukać wad to wymieniłbym kiepską synchronizację piosenek z ustami aktorów. Momentami ewidentnie widać, że lecą z playbacku, a to w scenach gdzie śpiewaniem wyrażają emocje, trochę razi. To jednak drobne potknięcie, bo poza tym i wymienionymi wcześniej niedoskonałymi kreacjami, wszystko inne mi pasowało.

     Sing street to po raz n-ty zaserwowana opowieść o dojrzewaniu, zagubieniu i miłości opowiedziana w zgrabny, subtelny i klasyczny sposób. Wywołuje w widzu masę pozytywnych emocji, a przecież po to ogląda się filmy, czyż nie? Gorąco polecam.

Comments

comments