John Favreau to bohater naszych czasów. Swoją wersją Iron Mana przywrócił filmom na podstawie komiksów należytą świetność i to on zapoczątkował obecny szał na ten gatunek. Nie samymi superbohaterami jednak człowiek żyje. Szef to historia z zupełnie innej beczki.

     Carl to arogancki szef kuchni. Zna się na swojej robocie jak mało kto, ale przez miłość do niej zaniedbuje wszystkie inne aspekty swojego życia. Na czele z nieudanym małżeństwem i zaniedbanym (pod kątem uczuć i bliskości) synem. Scysja z blogowym krytykiem kulinarnym, a po chwili z właścicielem restauracji kończy się katastrofa. Carl musi na nowo odnaleźć swoje miejsce tak zawodowo jak i prywatnie.

chef2

     Szef to kino familijne. Ciepłe, emocjonalne, nieprzesadnie cukierkowe i po prostu pozytywne. Nie jest tak przesłodzone jak Amelia. Carl to żaden tam świętoszek. Facet potrafi sypnąć wiązankę, a dla syna ma tyle czasu, co dla byłej żony. Fantastycznie pokazana jest kuchnia, jedzenie i wszystko co z tym związane. Oglądałem zaraz po posiłku, a od tych wszystkich kulinarnych cudów na ekranie znów chciało mi się jeść.

     Problemem jest zakończenie. Jest moment, który był(by) idealnym zwieńczeniem tej historii nie jest niestety ostatnią sceną. Po niej następują dwie tak przerysowane, przekombinowane i wyidealizowane, że pasują do reszty jak pięść do nosa. Nie wiem jakim cudem taki kaban na koniec nie został odsiany na żadnym z etapów produkcji filmowej. Użyłbym nawet słowa żenada. Po smacznym pikantnym i dość wytwornym daniu Favreau zaserwował na deser bezę z karmelem, posypaną cukrem, cukrem pudrem z polewą miodową i melasą. Mówiąc krótko: słodko do “porzygu”.

Comments

comments