Całkiem niedawno, z wielką marketingową pompą, zadebiutowała nowa gra twórców Halo: Destiny. Przyszedł czas na weryfikację tych wszystkich szumnych zapowiedzi… i nie jest to najlepszy czas dla Bungie i Activision. Najkrócej rzecz ujmując: tytuł jest tylko niezły.

     Fabuła jest i to wszystko co można o niej powiedzieć. Wiem, że są jacyś strażnicy (do wyboru trzy klasy), jest jakiś Traveler, który obdarzył ludzi kosmiczną technologią i jest wreszcie jakaś wielka, mroczna siła zwana (niespodzianka!) Darkness. jest też ghost, twój mały, fruwający komputer-przewodnik, gadający głosem Petera Dinklage’a. Są cztery rasy obcych, na każdą przypada kilka typów, od mięsa armatniego po czołgi z osłonami. I tyle. Walczymy z ciemnością czyli z obcymi aż pokonamy wszystkich i zabijemy wszystko co się rusza. End of story. Przez chwilę miałem nadzieję na coś więcej. W połowie gry nasz strażnik ma audiencję u pewnej królowej. Scena jest super i budzi nadzieję na więcej historii w strzelance. Niestety to tylko mała jaskółka w żadnym stopniu nie przybliżająca upragnionej wiosny.

destiny (3)

     Kolejną rzeczą, do której można się przyczepić to powtarzalność lokacji. Mamy ziemię, księżyc, Wenus i Marsa. Na każdym ciele niebieskim jest kilka misji fabularnych, można odbębnić patrol (typowy free roaming) i wreszcie strike’i aka “strajki” czyli zbieramy się we trzech i idziemy wyciąć hordę przeciwników w nadziei na dobry loot. Do tego dochodzą wariacje typu weekly nigthfall strike, daily heroic story itp. Tu już nie jest tak łatwo, bo tylko znajomych można zabrać ze sobą. Nie ma losowego dobierania chętnych graczy. To też jest było-nie-było wada, bo trąci promowaniem na siłę “opcji społecznościowych”. Tym bardziej dziwię się, że w mieście-hubie gdzie spotykają się gracze nie ma żadnego czata ani sposobu, żeby łączyć się w większe ekipy.

     Gram na PS4 i cóż mogę rzec… Destiny jest prześliczne. Doskonale zaprojektowane poziomy i lokacje. Piękna i szczegółowa grafika,  kosmiczny poziom detali. Zaczyna powoli zarysowywać się wyraźna granica między starą, a nową generacją konsol. Przynajmniej pod kątem grafiki. Technicznie jedyny problem, ostatnio powszechny, to “always on-line”. Niestety, aby pograć trzeba być w sieci, w dodatku nie tylko podłączyć się do serwerów Destiny ale też do PlayStation Network. Kiepsko, bo od premiery dobre kilkanaście razy wypadłem z gry przez różne bugi, a PSN albo czasem ma wielogodzinne konserwacje albo dostaje czkawki. Jak na płatna usługę – w moim odczuciu – za często. Najgorzej jak grasz trudny strike, poświęcasz 1,5 h i na koniec wywala cię z gry. Ochota na rzucenie padem w telewizor gwarantowana.

destiny (2)

     Do tej pory głównie marudziłem, a tu bach! Siódemka na koniec? Jak to? A tak to. Prawda jest taka, że nie mogę przestać grać. Skończyłem fabułę, tłukę strike’i, biegam na patrole, biorę udział w public events. No zwyczajnie chce mi się w to grać. Strzelanie daje niesamowitą frajdę. Czuć różnice między typami broni (są trzy: normal, special, heavy) ale też między poszczególnymi modelami, które opisane są kilkoma statystykami (stability, reload speed etc.). Mam świadomość jakie wady ma Destiny. Ba! Sporo z nich wymieniłem i opisałem. Nie zmienia to faktu, że nadal ciągnie mnie do rozgrywki. Może to wynikać też z sytuacji życiowej. Niedawno żona obdarowała mnie drugą pociechą i momentów na granie mam niewiele, bywa, że maksymalnie 40 minut na raz. W poważne tytuły ciężko się w ogóle wkręcić przy tak małej ilości czasu. Nowa produkcja Bungie idealnie pasuje do takiego modelu. Włączam, kilkadziesiąt minut ostrego strzelania, wyłączam, zapominam. Od razu nasuwa mi się Diablo 1/2/3 albo Borderlands 1/2. Z tymi tytułami miałem podobnie.

     Dlatego na pytanie “czy Destiny pokrywa się z tym co na obiecano” odpowiem: nie! Nie zmienia to jednak faktu, że grałem, gram i pewnie jeszcze jakiś czas pogram w tą produkcję z wielką przyjemnością.

Comments

comments