Martin McDonagh nakręcił do tej pory dwa filmy, które bardzo lubię i przy okazji polecam: “Siedmiu Psychopatów” i “In Bruges” (w przypadku tego drugiego klauzula sumienia nie pozwala mi używać porażająco głupiego polskiego tytułu). Trzecia pełnometrażowa produkcja angielskiego reżysera – “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – to nie tylko potwierdzenie wszystkich jego talentów (napisał scenariusz), ale i murowany kandydat do wielu Oscarów oraz jedna z najlepszych pozycji kinowych ostatniej dekady.

     Córka Mildred Hayes (Frances McDormand) została zgwałcona i zamordowana. Mijają miesiące, a śledztwo tkwi w martwym punkcie. Zdesperowana matka wynajmuje trzy billboardy za miastem i pyta na nich szefa miejscowej policji – Billa Willoughby’ego(Woody Harrelson) – kiedy wreszcie policja kogoś zaaresztuje? Jako, że Ebbing to małe miasteczko i wszyscy się znają, reakcja lokalnej społeczności jest natychmiastowa i… zróżnicowana. Jedno jest pewne: będzie się działo!

     I dzieje się, oj, jak bardzo się dzieje! Widz zostaje zabrany na emocjonalny rollercoaster. “Trzy billboardy…” to czarna komedia, kryminał, dramat psychologiczny i western w jednym. Reżyser idealnie balansuje między gatunkami i ani razu nie przeszarżował. Uśmiałem się podczas seansu naprawdę zdrowo, ale kiedy robi się poważnie, kiedy humor przełamywany jest elementami dramatycznymi – wtedy gardło ściska jakaś niewidzialna ręka, a łzy same cisną się do oczu. Wyobraźcie sobie dramat kalibru “Manchester by the Sea” opowiedziany przez braci Cohen z domieszką Quentina Tarantino. Tak bym określił ton filmu. Brzmi cokolwiek dziwnie, ale działa i to na każdej płaszczyźnie.

     Głównie za sprawą aktorów. Jeśli chodzi o ten aspekt to nie mamy już do czynienia z Himalajami branży. To już jest poziom nawet nie orbitalny, ale kosmiczny. Jeśli Frances McDormand nie dostanie Oscara, będę w ciężkim szoku. Jej rola to mistrzostwo świata. Mildred Hayes to prosta babka ze środkowego zachodu, a McDormand zrobiła z tego kreację życia. Miotanie się między agresją i żalem, między poczuciem straty, a poczuciem niesprawiedliwości, między bezsilnością, a nienawiścią do otoczenia, które żyje dalej jakby nic się nie stało. Podobnie Sam Rockwell jako Jason Dixon czyli lokalny zastępca szeryfa, a prywatnie przygłup, rasista, homofob, brutal i maminsynek w jednym. Kolejny kandydat do statuetki. Ani przez chwilę nie widziałem w nim Rockwella-aktora, to był po prostu policjant z fikcyjnego Ebbing. Słowa uznania należą się też Woody’emu Harrlesonowi za stworzenie niejednoznacznej postaci szeryfa Billa Willoughby’ego, aczkolwiek wcześniej wspomniana dwójka kradnie dla siebie całe show.

     Samotność, gorycz, żałoba, walka o sprawiedliwość, ale też wyprowadzanie ciosów na oślep. Wina i odkupienie, bezradność, bezsilność, ból, ale też bezwzględność. Czego tu nie ma? Co najważniejsze – reżyser nie traktuje widza jak półgłówka. To wszystko, o czym piszę, te wszystkie emocje bohaterów, ich rozterki i uczucia widać na ekranie. Widać, ale nie mówią nam o nich. Nie ma tu ani grama ekspozycji, która tłumaczy z ekranu co powinniśmy myśleć i czuć w trakcie oglądania. Ocena każdego bohatera pozostawiana jest każdemu indywidualnie. Tym bardziej, że ani Mildred nie jest krystalicznie czysta i doskonała, ani szeryf nie jest leniem i nierobem ani nawet Dixon nie jest aż takim idiotą, jak można na początku zakładać. Postacie są złożone, niejednoznaczne i naprawdę skomplikowane. Trudne do oceny. Jak w życiu.

     Scenariusz to następna kategoria, w której przyznałbym Oscara. Dialogi są ostre jak brzytwa i błyskotliwe ale nie wypadają nienaturalnie. Nie czuć jakby były napisane tylko z myślą o ciętych ripostach. Jest też w filmie kilka momentów, w których zostajemy zaskoczeni. Oglądam sporo i czasem jak widzę jakąś scenę, myślę sobie “aha, to ja już wiem gdzie to zmierza” i… McDonagh proponuje zupełnie inne rozwiązanie niż można by się spodziewać. Nigdy nie jest to jednak zaskakiwanie dla samego zaskakiwania. Zawsze to, co się dzieje ma sens i da się wyjaśnić motywacją poszczególnych bohaterów.

     Od strony rzemiosła filmowego również nie ma się do czego przyczepić. Klimat małego miasteczka na amerykańskim środkowym zachodzie wylewa się z ekranu. Postacie tkwią głęboko w dziwacznym klinczu zależności towarzysko-społecznych i przez to każde nieszablonowe zachowanie jest odrzucane z definicji, bez głębszego zastanowienia. Muzyka doskonale obrazuje leniwe tempo życia w takim miejscu, ale kiedy trzeba potrafi zaskoczyć sugerując, że oglądamy współczesny western w typie “Hell or high water”.

     Jeśli miałbym się do czegokolwiek odnieść negatywnie, cokolwiek wymienić jako wadę, to musiałbym naprawdę włączyć tryb maksymalnego czepiania się detali. Może żona szeryfa (Abbie Cornish) wypadła odrobinę zbyt cukierkowo? Może syn Mildred (Lucas Hedges) zagrał niemal to samo co w “Manchester by the Sea”? Tylko, że ta pierwsza nie jest istotnym elementem filmu, a ten drugi zwyczajnie tu pasował. Nie mogę więc tego krytykować, skoro wszystko działa jak trzeba i pasuje do reszty.

     Jedyna rzecz, która budzi we mnie złość to brak nominacji McDonagha w kategorii reżyserii. Wiem, że członkowie akademii rozumują trochę na zasadzie “skoro ma już za najlepszy film i scenariusz oryginalny to wystarczy”, ale to jest niemożliwe, żeby za taką produkcję nie dostał nominacji główny dyrygent całego projektu. Skandal.

     “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to arcydzieło i film kompletny. Bez zbędnych scen, dialogów i wątków. Pełen niejednoznaczności, niuansów i smaczków. Zabierający widza w podróż pełną emocji, pasji i uniesień, śmiechu i łez. Podróż, w którą po prostu trzeba się wybrać do kina. Pozycja obowiązkowa, dla wszystkich.

Comments

comments