Przez kilka kolejnych odcinków drugiego sezonu byłem pewien, że cały opis skończy się na podaniu linka do mojej opinii o pierwszym: tutaj. Od razu ostrzegam, będzie dużo spojlerów! Wracając do tematu: dostałem praktycznie to samo. Jeszcze więcej nudnych i niepotrzebnych scen.

     Kiedyś na jednym z konwentów Staszek Mąderek mówił, że codzienne życie ludzi nie jest materiałem na film. Owszem, nam się czasem może wydawać, że jest ale to tylko epizody. Najlepsze wspomnienia. Nikogo nie obchodzi jak rano jem serek wiejski, nikogo nie obchodzi którędy jadę na rowerze ani jak pracuję. To jest nudne dla postronnych ludzi. Tak samo jak wiele motywów w Breaking bad. Walt remontuje dom, Skyler znajduje nową pracę. Fajnie, rozumiem, po co to pokazali tylko dlaczego tak długo. Scen gdzie senior White robi parkiety i maluje drewno było tyle, ze czekałem na jakiś finał. Nie wiem, zrobi tam skrytkę na kasę? Na dragi? Nic z tych rzeczy. Zrobił remont i tyle. Co za nuda.

zabimokiemblank3

     Do tego znów wszechobecna groteska. Jak mam się denerwować akcją z Tuco jak po drodze Walt i Jesse zachowuję się jak Flip i Flap? Kiedy dochodzi do scen egzekucji ja nie czuję żadnego napięcia, bo się przed chwilą zdrowo uśmiałem. Pomieszanie z poplątaniem. Szczytem był odcinek 2×07. Początek to jakaś durnowata piosenka śpiewana przez El Mariachi o porachunkach kartelu z Waltem. Śmieszne i klimatyczne ale jak ja po chwili mam się wczuć w dramat człowieka umierającego na raka? Beznadzieja! Jedyne co wyszło im naprawdę fajnie to Saul. Nowa postać w grze – stereotypowy amerykański prawnik – szuja, krętacz i pijawka. Genialnie przerysowany, pojawia się rzadko ale zawsze wnosi do serialu coś ciekawego.

zabimokiemblank2

     Kolejna wada – niekonsekwencje scenariusza. Tu już na serio zacząłem się wkurzać. Przykłady? Walt wymyśla super konspirę. Z Jesse spotyka się niby przypadkiem, w sklepie. Gadają przez regały i szeptem, i co? Sytuacja wiele się nie zmienia, a za chwilę jeżdżą autem razem, po mieście, bo jest sprawa do załatwienia. Albo kaszel White’a: pojawia się raz na trzy odcinki i prawie dusi go na śmierć. Jakby dla przypomnienia, że ten rak jest gdzieś tam w historii. Mógłby z przyzwoitości kaszlnąć raz na odcinek chociaż. To jednak głupotka i czepialstwo ale zwracam uwagę na takie detale. To są zawsze wartościowe smaczki, które budują więź z serialem.

zabimokiemblank4

     Najgorszy jednak motyw to scena w Los Pollos. Wart osobnego akapitu. Najpierw Saul wprowadza w dialogu nową postać: facet od dragów. Gruba ryba, w biznesie od wielu wielu lat. Nigdy nie dał się złapać. Mistrz ostrożności, planowania i detali. Normalnie Einstein, James Bond i Wally (ten od “Gdzie jest Wally?”) w jednym. Legenda, można się z nim skontaktować tylko przez człowieka, który zna człowieka, który zna człowieka itp. I co? Walter przychodzi do knajpy na spotkanie. Tamten się nie zjawia, okazuje się, że jednak był tylko źle ocenił Walta “na oko” i… spodziewałem się zamknięcia wątku. Nic z tych rzeczy. White wraca na miejsce, siedzi jakiś czas w knajpie i bum! Deus ex machina, nagle patrzy na gościa i wie, że to on. Strasznie przenikliwy ten Heisenberg. Normalnie jak Galadriela z LotR. Spojrzał w oczy i już widział jego duszę, jego myśli! Żenujący zabieg. Przypomniał mi się słaby Dark Knigth Rises i postać grana przez Josepha Gordona-Levitta. Też spojrzał na Bruce’a Wayne’a i wiedział, że ten jest Batmanem. Jakie to przekonywające.

kkk

     Ciągnąc litanię wad dorzucę jeszcze trzy rzeczy:

1. Scena gdzie Walt mówi do przypadkowych ziomków “stay out of my teritory!”. Miał zapewne wyglądać jak tworzący się powoli gangster. Mnie to jednak rozbawiło, a nie ujęło. Podchodzi do wielkiego meksykańskiego mięśniaka i dwumetrowego ćpuna jakiś łysy, chudy dziadek i wali takim tekstem. 9 na 10 sytuacji skończyłoby się dla dziadka na OIOMie, ta dziesiąta obśmianiem i odepchnięciem. I nie, poprzednia scena w sklepie niczego tu nie usprawiedliwia.Nadal nie widzę powodu, żeby wystraszyć się Walta będąc w takiej przewadze i nic o nim nie wiedząc.

2. Pseudo-fore-shadowing. Pokazali w dwóch albo trzech odcinkach scenę nad basenem, a dopiero na koniec sezonu wyszło co to było. Nie mówię, że to źle ale nie rozumiem po co pokazywać to aż trzy razy, w zupełnie przypadkowych odcinkach. No i finał zawiódł ale o to chodziło. Skojarzenia i przypuszczenia wszyscy mieli z zupełnie innej beczki. Szkoda, że od razu zdradzili o co chodzi. Na początku finałowego odcinka. Mogli nie pokazywać wielkiej furgonetki z “NTSB” na dachu.

3. W świecie takich produkcji jak Spartakus, Gra o tron czy Dexter… w serialu ze sporą ilością naprawdę dosadnej przemocy… absolutny brak cycków przez 20 odcinków to skandal nie z tej ziemi! Normalnie wstyd! Jestem dotknięty do żywego! 😉

zabimokiemblank1

     Tyle marudzenia. Jak się okazuje, nie wszystko jest takie złe. O Saulu już pisałem. Kolejną ciekawą postacią jest Jane. Bardzo charakterystyczna postać. Czułem, że odegra sporą rolę w tej historii i nie zawiodłem się. Fajnie zagrana, fajnie naszkicowana, fajna aktorka. Scena w domu ćpunów z małym rudym chłopczykiem – majstersztyk. Cały ten odcinek jeżył włosy na głowie i robił kisiel z mózgu. Tak powinien wyglądać ten serial. Dzięki bogu nie zepsuli tego jakimś groteskowym wjazdem rodem z komedii slapstickowych. To zresztą znak rozpoznawczy dwóch ostatnich odcinków drugiego sezonu. W końcu karty na stół, zaczyna się poważna akcja, poważny dramat i wszystko nabiera kolorów. Bez niepotrzebnej groteski. Cały sezon nie otrzyma wysokiej noty ale przyznaję, że dwa ostatnie odcinki w porównaniu z resztą to niebo a ziemia. Teraz naprawdę mam ochotę na sezon trzeci!

zabimokiemblankkkk

P.S. Jest jeszcze jedna sprawa. Niejako na marginesie. Może dlatego trudno mi się przekonać do Breaking Bad. Ten serial nie ma protagonisty. Nie mam tu bohatera, z którym bym sympatyzował. Wszyscy są małostkowi, obrzydliwi, zepsuci, kłamliwi. Chyba tylko Walter Junior jest ok ale umówmy się – on jest postacią trzecioplanową. Jesse pod koniec – może może. Natomiast mam wrażenie, że scenarzyści podsuwają nam pod nos Waltera. Jako osobę, której należy kibicować. Nigdy w życiu. Facet całe życie był przerażoną pokraką, pustą skorupą, wydmuszką człowieka. Dostał jaj tylko dlatego, że zachorował i myślał, że nie ma nic do stracenia. Wtedy dopiero wylazły z niego najgorsze instynkty. W dodatku najwyraźniej takie życie mu się spodobało. Siła, którą poczuł jest dla niego jak meta i marycha dla Jessego. Nie wiem jak mógłbym trzymać za niego kciuki. Bo nie miał wyjścia? Wszystko od początku wskazuje, że miał, a całe tłumaczenie “bo dla rodziny” z każdym odcinkiem wygląda pokraczniej. Odrzucająca, paskudna postać.

Comments

comments