American dream chorego na HIV. Drobny kanciarz, elektryk, typowy (i topowy) burak z Texasu dowiaduje się, że ma HIV. Dziwi go to niezmiernie, przecież to choroba ciot i pedałów, a on jest przecież prawdziwym hetero macho. Koledzy się odwracają plecami, uznając, że pewnie jednak gej, a on sam zaczyna walkę o życie szmuglując niezatwierdzone w USA leki na AIDS. Przy okazji zaprzyjaźnia się z transwestytą i lekarką o dobrym sercu. Nuuuuuuuuda. To tak w skrócie. Miał być hit, oscary się posypały ale coś tu, wg mnie, wyraźnie nie zagrało.

Dallas-Buyers-Club

     Wiem, że historia oparta jest na faktach. Mimo to, wszystko jest jakieś takie… cukierkowe. Może przemiana następuje za szybko? Facet w kilku pierwszych scenach okazuje się być pijakiem, ćpunem i społeczną mendą, a chwilę po pierwszym szoku i informacji o chorobie zmienia się w domorosłego naukowca-biznesmena czytającego periodyki medyczne, encyklopedie i rozkręcającego interes w tempie Jordana Belforta. Albo ktoś polukrował całość zbyt mocno albo historia za szybko idzie do przodu. Jedno z tych dwóch powoduje, że oglądamy film o HIV kręcony przez Disneya albo Danny’ego Boyle’a. Wszystko, mimo przeciwności, jest pozytywne, idzie ku lepszemu. W odróżnieniu choćby od Filadelfii gdzie czułem i rozumiałem dramat postaci granej przez Hanksa. Tutaj nie miałem wrażenia, że śmierć zagląda im w oczy, że jest naprawdę źle. Gdzieś zabrakło jakiejś sceny, jakiegoś dialogu, sam nie wiem. Nie potrafię tego sensownie wyartykułować. Od początku do końca wiedziałem, że to film, nie czułem się bliskim obserwatorem dramatycznej historii. Czasem reżyser pokazuje coś cukierkowo, żeby przykryć okropną rzeczywistość. Przykład? Labirynt Fauna. Tylko tam prawdziwy świat był cholernie przerażający. Tutaj, jak w Amelii, podskórnie czuć, że będzie dobrze.

Aktorstwo jest ok ale oscary tradycyjnie za przemianę fizyczną, a nie za same kreacje. Nie zrozumcie mnie źle. Chłopaki grają fantastycznie ale po pierwsze DiCaprio był lepszy, wybacz Matthew. Wydaje mi się, że wygrało odchudzanie plus “patrzcie, on grał w komediach romantycznych, a tu taka rola, genialne”. Leonardo mógł zostać przy Titanicach i podobnych. Wtedy dowolna pozycja z jego filmografii (Krwawy Diament, Wolf of Wall street, Wielki Gatsby) dałaby mu nagrodę. Poza tym po najgenialniejszej roli McConaugheya (True Detective) ta tutaj wygląda “zaledwie” bardzo dobrze. Leto tak samo. Fajnie ale jakoś mnie nie powalił. W Lord of war był lepszy. Stawkę uzupełnia Jennifer Garner, która w każdej scenie wygląda jakby nosiła wszystkie troski amerykańskiej służby zdrowia wypisane na twarzy. Fatalnie wypadła, szczególnie w zderzeniu z rolami męskimi.

To nie jest słaby film, to nie jest kiepski film, to nie jest jakaś lipa. Zobaczyć można ale jestem pewien, że za rok zupełnie o nim zapomnę. Oklepany schemat, sztuczne wyciskanie łez, zero polotu, wszystko czarno-białe i płaskie. Słynny Pieseł internetowy skomentowałby: bohater taki odmieniony, przyjaciel taki transwestyty, lekarka taka szlachetna, korporacje i rządy takie złe, wow. Niestety, tym razem bez uszanowanka.

Comments

comments