Bagiński (ten od Katedry i Platige Image) miał rację, audiowizualnie ten film to majstersztyk. Wszystkie ujęcia, plenery, efekty tak ze sobą współgrają, że można się zakochać w obrazie. W IMAXie wyglądało to obłędnie i kopało zad. Gdyby niektóre sceny zmienić i zupełnie wyłączyć dialogi byłby film zasługujący na ochy i achy.

     Bagiński nie miał racji. Ten film nie jest zawodem. Ten film jest ogromnym zawodem. Scenariusz pisały dwie osoby wg tego co jest napisane na filmwebie. Po seansie miałem wrażenie, że scenariusz pisało pięć osób. Każda miała inną wizję, ale wszystkie pomysły spodobały się Scottowi więc postanowił wymieszać w jednym koktajlu kiełbasę, truskawki, rzeżuchę i stare skarpety. Może liczył, że ktoś tak się będzie podniecał puszczaniem oka do fanów serii, że wystarczy to zamiast fabuły….cóż, nie wystarczyło.

     Mamy zatem pieczołowicie wyselekcjonowaną z całej ludzkości bandę naukowców-idiotów, którzy zachowują się jak gimbusy na wycieczce do fabryki czekolady. Milion idiotycznych scen, z których każda kolejna jest mniej logiczna. Zupełnie niezrozumiałe zachowania bohaterów. Bzdurne i przypadkowe wydarzenia. Długo można wymieniać wady tego filmu. Jeśli chłonąć go tylko oczami – można się zakochać, ale cała reszta…

     Aktorzy się starali, owszem. Noomi mimo kretyńskiej postaci wypada świetnie, Theron też, Fassbender niesamowity. Reszta poprawna (kapitan Janek) albo słaba (Charlie Holloway). Momentami czuć klimat staroszkolnego s-f, ale co z tego jak przy włączeniu szarych komórek “facepalm” goni “facepalm”? Scena rodem z Benny Hilla przelała czarę goryczy zupełnie. Mowa o ostatniej scenie statku kosmicznego obcych.

     Głównym winowajcą jest Ridley Scott. Miał wielki budżet i fajną ekipę, a zrobił piękną katastrofę. Miałem nadzieję na randkę z dawno nie widzianą super-dziewuchą do tańca i różańca, a dostałem wystrzałową blondynkę, prawdziwą seksbombę, która się ślini, nie potrafi złożyć jednego zdania i nadaje się tylko na jedno spotkanie. Gdyby to wszystko nazywało się Alien versus Predator 3 to ocena byłaby ze dwa oczka wyższa, ale to robił Scott, za pierdyliard zielonych i z naprawdę niezłymi aktorami. W takim wypadku wymaga się więcej. Dużo więcej. Ocena i tak zawyżona, ale technicznie to jest naprawdę orgazm przez oczy.

Comments

comments