Riggan Thompson to aktor, który dwadzieścia lat temu zagrał Birdmana. Superbohatera, który zagnał do kin setki tysięcy ludzi i zarobił miliony. Starzejący się, zgorzkniały i trochę zapomniany Riggan próbuje wystawić ambitną sztukę na Brodwayu. Chce zrobić coś ważnego i artystycznego. Kiedy w trakcie realizacji nic nie idzie po jego myśli, wraca myślami do czasów chwały Birdmana i zazdrości kolegom po fachu sukcesów w kategorii czystej, tandetnej rozrywki. Padają tu nazwiska takie jak Woody Harrleson (Igrzyska Śmierci) czy Robert Downey Junior (Iron Man, Avengers).

     Nikt tu nawet nie udaje, że metafora jest subtelna. Riggan to grający go Michael Keaton, a Birdman to Batman. Dlatego mam problem z oceną roboty jaką wykonał aktor. Podobnie miałem z Zapaśnikiem Aronofsky’ego. Z jednej strony naprawdę rewelacyjna kreacja, z drugiej – mam wrażenie, że grał sam siebie jak Rourke we wspomnianym Wrestlerze. Dlatego nie wiem czy chwalić Keatona za kunszt czy może za odwagę, że tak wiele ze swojej głowy pozwolił pokazać szerokiej publiczności. Obok głównego bohatera popis dają wszyscy. Naomi Watts, Emma Stone, Edward Norton czy nawet kojarzony głównie z durnymi komediami Zach Galifianakis. Tylko znów – nie wiem czy to bardziej zasługa ich wysiłku czy genialnego scenariusza. W filmie nie ma niepotrzebnych scen, nie ma zbędnych dialogów. To dziś rzadkość.

b2

     Co jednak wybija Birdmana ponad inne filmy? Sposób realizacji. Napisano już wiele, ale i ja dołożę pochwałę. Technika pozornie jednego ujęcia kontynuowanego przez cały film to iście mistrzowski zabieg. Bez przerwy miałem wrażenie, że ta historia (mimo pojawiającego się czasem surrealizmu) dzieje się naprawdę, a ja tylko podglądam ich wszystkich dzięki uprzejmości natręta, który za wszystkimi łazi z kamerą. Poczucie bliskości widza i aktorów jest tu bardziej teatralne niż filmowe. Interesujące zważywszy na konflikt w głowie Keatona/Thompsona: artystyczne, snobistyczne środowisko teatralne w Nowym Yorku kontra Holywoodzka tandeta, fabryka żenujących blockbusterów i kasy. W ucho wpada też oryginalna ścieżka dźwiękowa. Odgrywana praktycznie tylko na perkusji, czasem wchodzi dopiero w połowie sceny. Spełnia świetnie swoją rolę, bo irytuje, nie pozwala się skupić i powoduje, że czujesz się jak tytułowy bohater. Nie możesz zaznać chwili spokoju w tym bajzlu i jesteś ciągle o krok od emocjonalnej eksplozji.

b1

     Zastanawia mnie tylko jedno. Odwieczny dylemat pani od języka polskiego. Co autor miał na myśli? Odniosłem wrażenie, że reżyser krytykuje wszystkich i za wszystko. Aktorzy to oszuści i hochsztaplerzy, nierzadko wariaci i psychopaci. Inni to nie aktorzy tylko celebryci grający w kasowych hitach bez żadnej ambicji. Złe jest kino, bo produkuje tandetę. Teatr, bo jest dla snobów, których nie obchodzi spektakl. Złe są nowe media powiązane z internetem, gdzie więcej sławy (i kasy) dostaje facet biegający w samych gaciach na Times Square niż prawdziwa sztuka. Dostaje się też krytykom za to, że sami nie potrafią, a oceniają, niszcząc kariery i życia. Nie znalazłem tu żadnej recepty, żadnej odpowiedzi, tylko dość jednoznacznie negatywną ocenę wszystkiego. Mam wrażenie, że reżyser i współscenarzysta – Alejandro González Inárritu – zachował się trochę jak krytyk, którego sam beszta. Tym niemniej – Birdman to dla kinomaniaków pozycja obowiązkowa.

Comments

comments