Najpierw pojawił się znienacka na Netflixie “Cloverfield Paradox”, film kręcony wcześniej z myślą o tradycyjnej dystrybucji. Teraz ten los podzieliło “Annihilation”, które poza USA, Kanadą i bodajże Chinami nie pojawi się w kinach. Nie dziwi mnie fakt, że reżyser Alex Garland (twórca kapitalnej Ex Machiny) się wściekł. Sadząc po skali widowiska, stworzył film z myślą o wielkim ekranie, ciemnej sali i przestrzennym dźwięku. Ale nie dziwi mnie też decyzja dystrybutora. Po umowie z Netflixem wychodzą (podobno) na zero, a nie spodziewam się, żeby “Annihilation” miało szansę na zainteresowanie szerszej publiczności i zarobienie poważnych pieniędzy w kinach. Nie znaczy to, że film jest zły. Jest po prostu… dziwny.

     Na ziemię spada z kosmosu bliżej nieokreślone “coś”. Wokół miejsca lądowania/upadku zaczyna tworzyć się osobliwość nazwana Iskrzeniem. Wygląda z zewnątrz jak bańka mydlana. Wewnątrz natomiast… nie wiadomo jak wygląda i co się dzieje. Wszystkie militarne i militarno-naukowe ekspedycje przepadają bez wieści. Do tej pory wróciła tylko jedna osoba, żołnierz Kane (Oscar Isaac), ale nie dość, że wydaje się nie być sobą, to jeszcze na dodatek jest śmiertelnie chory. Co gorsza Iskrzenie powoli, ale konsekwentnie się rozszerza. Na kolejną wyprawę wyrusza piątka kobiet: Dr Ventress (Jennifer Jason Leigh), Josie Radek (Tessa Thompson), Anya Thorensen (Gina Rodriguez), Cass Sheppard (Tuva Novotny) i Lena (Natalie Portman).

     Anya jest ratownikiem medycznym i żołnierką, pozostałe panie reprezentują takie dziedziny nauki jak biologia czy fizyka. Każda – jak się okazuje – ma też własne powody, żeby wybrać się na taką samobójczą misję. I tu ciekawostka. Przy okazji fatalnego remake’u “Ghostbusters” z 2016 roku wszędzie trąbiono jakie to progresywne, jakie nowoczesne. Patrzcie, same kobiety w filmie! Nieważne jak głupio i nieśmiesznie ostatecznie wyszło, jeśli się nie podobało to na pewno przez patriarchat, mizoginię i seksizm. I szowinizm przeciętnego widza. A potem wychodzi takie “Annihilation”. Pięć żeńskich bohaterek wokół których kręci się cała historia. Wszystkie postaci są realistyczne, mają swoje motywacje i charaktery. I co? I cisza. Nikt się nawet nie zająknął w materiałach promocyjnych. Dobre kobiece kreacje obronią się same. A im mocniej ktoś krzyczy o równouprawnieniu, różnorodności, walce ze stereotypami, tym większe prawdopodobieństwo, że próbuje odwrócić uwagę od tego jak tandetny produkt sprzedaje.

     Jeśli już jestem przy temacie ról kobiecych to muszę wspomnieć, że jedynym, ale oczekiwanym zawodem jest tutaj Natalie Portman. Gra to co zwykle i jeśli ktoś widział “Niepokonana Jane” czy “Czarnego Łabędzia” to poczuje się jak u siebie, spotka tę samą smutną dziewuszkę z wiecznie identyczną, zbolałą miną. Poprawnie, ale bez sensacji. Lena jest naszą protagonistką i to jej historia stanowi oś fabuły. Szkoda, że postawiono właśnie na nią, bo pozostałe panie zagrały rewelacyjnie (z dodatkowym wyróżnieniem dla genialnej Giny Rodriguez).

     Muszę oczywiście wspomnieć o rzeczy dla widza najważniejszej. Czym jest ten film? Otóż “Anihilację” reklamowano jako horror, tyle że jako horror kompletnie nie zdaje egzaminu. Owszem, warstwa wizualna i (szczególnie) dźwiękowa budują bardzo gęsty klimat niepokoju i zagrożenia. Film dosłownie bierze swoje wielkie cielsko, siada ci na klatce piersiowej i nie pozwala ani przez chwilę głęboko odetchnąć. Problem w tym, że kiedy już pojawiają się elementy mające straszyć – nie wybrzmiewają wystarczająco mocno. Albo wcale. Naliczyłem całe cztery momenty, które mogły lekko przestraszyć widza. W dwóch przypadkach były to niepokojące sceny z gatunku “body-horror” (jedna, zupełnie niepotrzebnie, jest już w zwiastunie). Dwóch pozostałych nie powinienem nawet liczyć. To tradycyjne “jump-scares” (po naszemu to będzie… “wyskakistrachy”?), które uważam od dawna za najtańszy i najbardziej nadużywany, a w niewprawnych rękach wręcz prostacki sposób straszenia widza.

     To nie jedyny problem tego filmu. Garland w “Anihilacji” zadaje mnóstwo pytań, ale nie udziela żadnej odpowiedzi. Czy człowiek ma wbudowaną skłonność do autodestrukcji? Czy nie jest tak, że w momencie urodzenia zaczynamy powoli umierać? Czy śmierć to unicestwienie życia czy może tylko przejście w inny stan? Czy uśmiercenie jednej formy życia by stworzyć inną to nadal unicestwienie czy może ewolucja i akt stworzenia? Czy nowotwór tylko zabija czy tworzy po prostu nową formę życia? Czy jednostka zbyt szczęśliwa podświadomie sama zaczyna niszczyć własne szczęście? Pytań i poważnych problemów, jakie film stawia, jest cała chmara. Na pewno dla każdego widza zestaw ten będzie się różnił. Tyle że film nawet nie próbuje nam zaprezentować własnego stanowiska. Co gorsza zakończenie, dosłownie ostatnia scena, pasuje do reszty jak pięść do nosa. Czyżby ingerencja studia?

     To jest właśnie mój główny problem z najnowszym filmem Garlanda. To naprawdę ładna (poza naprawdę biednym CGI w dwóch-trzech scenach), nietuzinkowa, klimatyczna i psychodeliczna wizja. Swoisty “bad trip” i niezły wstęp do długiej, filozoficznej dyskusji przy płynach takich i owakich do samego rana. Dyskusji o śmierci, o życiu, o człowieczeństwie. Tylko – no właśnie – mam wrażenie, że reżyser chciał zrobić za dużo, złapać zbyt wiele srok za ogon i ostatecznie nic z tego nie wynika. Film chciał być jednocześnie “Stalkerem” Tarkowskiego i “Arrival” Denisa Villneuve’a. Tyle że brakuje i głębi pierwszego filmu, i silnego zaczepiania w motywie przewodnim tego drugiego. “Anihilacja” chce porozmawiać z widzem o wszystkim naraz i ostatecznie nie mówi nic konkretnego. Jako przyczynek do dyskusji na pewno sprawdzi się nieźle, ale jako film – średnio. Ja na pewno nie wrócę do tej pozycji, aczkolwiek sądzę, że można, a nawet warto się z nią zapoznać. To tak nietypowa produkcja, że może się spodobać każdemu i każdego zniechęcić. Trzeba się przekonać na własną rękę.

Comments

comments