Znów (który to już raz?) padłem ofiarą przesadnych oczekiwań. Marsjanin zdobył szturmem listy przebojów, a zwiastun filmu w reżyserii samego Ridleya Scotta (na podstawie książki) zrobił w sieci furorę. Zgodnie z zasadą “przeczytaj zanim obejrzysz” wziąłem książkę Andy’ego Weira ze sobą na urlop… i trochę się jednak rozczarowałem.

     Mark Watney bierze udział w misji na Marsa. Coś idzie nie tak. Załoga odlatuje zakładając śmierć kolegi, a on robi psikusa i żyje. Ma teraz bardzo dużo czasu na wymyślenie jak przeżyć na czerwonej planecie wystarczająco długo, żeby mieć szansę na powrót. Albo chociaż na komunikację z ziemią. Nie powiem, fajnie się czyta. gratulacje dla autora, bo ciężko jest napisać prawie 400 stron składających się głównie z wewnętrznego monologu. Marsjanin to pamiętnik kosmicznego Robinsona Crusoe. To co mi nie zagrało to owa lekkość opowieści. Czarny humor, ironia i sarkazm są fajne, ale przez nie w ogóle, nawet przez chwilę nie czułem jakby działo się coś naprawdę ważnego. Nie czułem, że stawka jest tu ludzkie życie. Ot, coś poszło nie tak, Mark wymyśli, naprawi, pożartuje. Nie ma problemu. Z rzadka pojawia się scena, która pod płaszczykiem kolejnego żartu skrywa prawdziwy dramat, ale to są incydenty.

marsjanin

     Przez większość czasu niespecjalnie czułem to ciągłe zagrożenie, samotność i strach przed śmiercią. Ot, inżynier-dowcipniś i prawdziwy amerykański bohater. Nie pomaga też schemat, który bardzo szybko zaczyna denerwować. Cała powieść ogranicza się do pętli:

1. Mark cudem przeżył.

2. Mark ma przerąbane.

3. Mark robi MacGyvera.

4. Jest bosko, wszystko idzie zgodnie z planem.

5. Coś straszliwie pierdolnęło.

6. Wróć do pkt. 1.

…i tak w koło Macieju, a raczej Watney’u.  Dodatkowo albo znudziło mnie to błędne koło, albo autor sobie nie poradził z finałem. Zapewne w filmie uda się z tego zrobić dynamiczną i emocjonującą scenę akcji. Czytając odczuwałem takie samo (tak samo słabe) podniecenie jak wcześniej, kiedy brnąłem przez opis sadzenia ziemniaków. Zero dramaturgii.

     Znalazłem też dwie czy trzy nieścisłości. Jedna to tekst, że Mark z kumplem pracowali przy panelach baterii słonecznych ponad tydzień więc znają je na pamięć. Przecież misja do momentu wypadku trwała podobno tylko 6 soli. Może coś mi umknęło.

     Książka nie jest zła, warto przeczytać. To taki Dan Brown w kosmosie. Cast away na Marsie z mnóstwem technicznych, fizycznych i chemicznych detali (za co autora cenię, nawet jeśli momentami upraszcza ponad miarę). Podkreślam na koniec jeszcze raz. To moja wina, że posłuchałem peanów i nastawiłem się na coś poważniejszego i bardziej, czy ja wiem, dramatycznego?

Comments

comments