Ostrzegam, to może być naprawdę długi tekst. Obiecuję jedynie, że nie zdradzę żadnego ważnego szczegółu z nowej produkcji, bo zepsułoby to seans w dużym stopniu. W tym miejscu dodatkowe brawa dla działu promocji. Zwiastuny narobiły apetyty, ale – co dziś niezmiernie rzadkie – nie zdradziły żadnego istotnego detalu ani nie opowiedziały połowy filmu. Tak się to powinno robić.

     Nie lubię mody na “rimejki”. Zawdzięczam im co prawda genialny “Mad Max: Fury Road”, ale na każdy taki sztos przypada kilka bezpłciowych, miałkich produkcji drugiej kategorii. “Pamięć absolutna” z 2012, “Robocop” z 2014, “Point break” z 2015 czy fatalne “Ghosbusters” z 2016. Kiedy usłyszałem, że będzie sequel Blade Runnera, mój wewnętrzny kinoman zapłakał. Potem okazało się, że reżyserem będzie Denis Villneuve – to już bardzo dobra wiadomość. Jeszcze później wyszło, że Ridley Scott będzie tylko producentem (yes yes yes!), ale też, że dla Villneuve’a to jest tzw. “pashion project” czyli coś bardzo osobistego. To nie zawsze wychodzi, bo przy tego typu podejściu reżyserzy potrafią popłynąć za daleko w swoich wizjach.

     Nic takiego nie miało miejsca przy “Blade Runner 2049”. Reżyser stworzył obraz prawie doskonały. Oddał hołd oryginałowi, ale jednocześnie stworzył film posiadający własną tożsamość, własny styl i własną, naprawdę wciągającą historię. Nie wiem czy ludzie, którzy nie znają albo nie przepadają za oryginałem będą tak samo zachwyceni, ale nawet im powinno się podobać.

     Właśnie. Podobać. Wizualnie ta produkcja jest najładniejszym filmem jaki widziałem do tej pory. Nie przesadzam. Każdy kadr jest tak dopieszczony, tak szczegółowy, tak oświetlony, tak sfilmowany, że dowolną stop-klatkę można powiesić w domu na ścianie. Jeśli oczy mogą dostać orgazmu – to jest seans, na którym można sprawdzić teorię. Muszę to obejrzeć jeszcze kilka razy, bo za pierwszym niemożliwe jest docenienie szczegółowych lokacji, scenografii, niewyczuwalnego CGI. W porównaniu z filmem z 1982 jest tu bardziej kolorowo, często opuszczamy mroczne, ciasne Los Angeles i zwiedzamy okoliczne pustkowia czy wysypiska śmieci, ale to ani na chwilę nie wychodzi poza dystopiczny obraz świata, do którego przyzwyczaił nas Scott te trzydzieści pięć lat temu. Jeśli Roger Deakins za zdjęcia nie dostanie w tym roku Oscara to znaczy, że nie dostanie go nigdy.

     O historii mogę napisać tyle: postać Ryana Goslinga jest łowcą androidów, przy okazji rutynowej roboty trafia na trop, za którym podąża, trafiając na dużo poważniejszą i bardziej niebezpieczną sprawę niż mógłby przypuszczać. Śledztwo, które widz prowadzi razem z tytułowym bohaterem postawi wiele pytań i po raz kolejny pozwoli się otrzeć o takie tematy jak: istota człowieczeństwa, dusza, samotność, potrzeba bliskości, miłość, poświęcenie czy wybieranie w życiu tego co właściwe. Tak jak poprzednio – akcja jest wolna, sceny bez akcji i dialogów ciągną się w nieskończoność. Pozwala to nacieszyć się wizualną stroną i daje czas na refleksje. Chociaż rozumiem jeśli kogoś takie tempo narracji zwyczajnie znudzi.

     Dodatkowo Villneuve zastosował tu znów – nie wiem jak on to robi – taki miks dźwięku i obrazu, że (jak przy innych jego produkcjach) cały czas siedziałem na brzegu fotela. Nic się nie dzieje, ot, zwykłą rozmowa dwóch postaci. Albo w ogóle panorama miasta, Gosling gdzieś sobie idzie, a ja siedzę i mam nerwowo zaciśnięte pięści jakby czekając na coś strasznego. Podobnie było w “Arrival”, podobnie miałem przy “Prisoners”. Wiecie, takie uczucie niepokoju, dyskomfortu. Jak kamyk w bucie, jak niezbyt wygodny fotel, jak zadarta skórka przy paznokciu. Wywołać w kimś taki stan za pomocą filmu? Magia. To podnosi produkcję na wyższy poziom niż Blade Runner z 1982, którego uwielbiam, ale są tam sekwencje, na których ciężko nie przysnąć.

     Villneuve ewidentnie podziwia i bardzo szanuje film Scotta. Jest tu wiele dialogów i scen nawiązujących do filmu sprzed 35 lat. Jednocześnie jest to zrobione bardzo subtelnie i bez walenia widza w łeb nostalgią. Są nawet ze dwa momenty odnoszące się do najsłynniejszego pytania związanego z tematem: czy Deckard jest replikantem? Nie powiem wam co na ten temat mówi 2049, ale ja się nie zawiodłem.

     Aktorsko, z jednym zastrzeżeniem (o którym za chwilę), jest po prostu idealnie. Gosling, Ford, Leto, Ana de Armas, Robin Wright, Dave Bautista, Mackenzie Davis – co kreacja to lepsza. Zwłaszcza Ford, który w końcu wygląda jakby znów mu zależało. Już w “The Force Awakens” był w porządku, ale tam mam wrażenie, że zapomniał ile ma lat i próbował grać Hana Solo z dawnych lat. W Blade Runnerze jest genialny. Gosling nie był tak dobry od czasu Drive. Ten jego smutny wzrok bez wyrazu idealnie pasuje do roli. Ana de Armas partneruje mu rewelacyjnie, a scena kiedy de Armas, Gosling i Davis są na ekranie we trójkę – mistrzostwo świata.

     Żeby nie odlecieć zupełnie – jak zawsze – musi być jakieś “ale”. Po pierwsze Sylvia Hoeks. Gra specyficzną rolę, ale jak dla mnie przeszarżowała i odstawiła własną wersję Roberta Patricka/T-1000 z Terminatora 2. Nie podobało mi się to. Do tego mam dwa zastrzeżenia fabularne, o których przeczytacie pod recenzją – wyraźnie będzie oznaczone to jako spojler. Jedno to po prostu małą dziura w scenariuszu, ale druga sprawa to tak zużyta i tandetna klisza, że przez chwilę miałem wrażenie, że podmienili taśmy i oglądam jakiś słaby, hipotetyczny sequel Matrixa (tak, hipotetyczny, Matrix to dzieło kompletne i kontynuacje nie powstały, wypieram to ze świadomości).

     Narzekając dalej: przedostatnia scena powinna być ostatnią. Jest jedno dodatkowe ujęcie, którego mogli nam twórcy oszczędzić. Generalnie to trochę wada całego filmu. W kilku momentach Villneuve jest zbyt dosłowny. Szczególnie monologi postaci Jareda Leto to czysta ekspozycja i szkoda, że nie zostawiono więcej niedopowiedzeń. Podobnie jest z retrospekcjami. Czasem coś się w filmie ważnego dzieje i widz odkrywa tajemnicę razem z bohaterami. Po czym reżyser serwuje nam powtórkę sceny w formie wspomnienia, nagrania albo wewnętrznego głosu. Jakby nie wierzył w inteligencję i spostrzegawczość swojej widowni. Dodałbym do minusów jeszcze muzykę. Zimmer od bardzo dawna jest wyrobnikiem. Rzemieślnikiem. Brzmi to wszystko nieźle, ale nie wybitnie. Żadnej melodii, żadnego motywu, który zostałby w głowie na dłużej.

     Gdybym wyzbył się ludzkich odruchów i emocji – dałbym najnowszej produkcji Villeneuve’a dziewięć. Dawno jednak nie miałem tak, że po seansie siedziałem parę minut w totalnym odrętwieniu, nie wierząc, że właśnie obejrzałem to, co obejrzałem. A obejrzałem arcydzieło. Genialny sequel do świetnego filmu. Moim zdaniem lepszy niż produkcja Scotta. Niewiele, ale jednak. Nie wierzyłem, że to możliwe, ale stało się. Niecałe trzy godziny minęły mi bardzo szybko, utonąłem w tym filmie, utonąłem w perfekcyjnej oprawie audiowizualnej, utonąłem w gęstym klimacie. Dla mnie to jest w tej chwili film roku i nie widzę na horyzoncie niczego, co mogłoby ten werdykt zmienić. Denis Villeneuve to geniusz i jestem spokojny o jego kolejny projekt – Diunę. Jeśli nie “znolanizuje się” i nie popadnie w banał – będzie najlepszym reżyserem naszych czasów. Chapeau bas!

P.S. Zanim wybierzecie się do kina, warto obejrzeć trzy krótkie metraże polecane przez samego reżysera: “Black Out 2022”, “2036: Nexus Dawn”, “2048: Nowhere to Run”. Wszystkie dostępne na youtube, na kanale Warner Bros. Pictures:

https://www.youtube.com/channel/UCjmJDM5pRKbUlVIzDYYWb6g

P.P.S. SPOJLERY, dalej czytasz na własną odpowiedzialność! Z fabularnych negatywów:

  1. Skąd Wallace wiedział, że Reachel była w ciąży? Wiedzieli, że K jej szuka, ale skąd wiedzieli o dziecku? Albo nic o tym nie było, albo mi umknęło.
  2. Scena z ruchem oporu w podziemiach była dramatycznie zła. Cały ten motyw to taka tandetna, zgrana klisza. Beznadziejny motyw i aż przewróciłem oczami w kinie. Jak mogli takim słabym zagraniem popsuć taką ważną scenę(gdzie Gosling dowiedział się, że to nie on)? Straszne i kompletnie niepasujące do całej produkcji.

Comments

comments