Nolan to jeden z najlepszych, najbardziej wizjonerskich reżyserów w Hollywood. Jednocześnie jego filmy, szczególnie ostatnio, dzielą kinomanów na dwie grupy. Jedni widzą spadek formy i same wady, inni okrzykują te tytuły arcydziełami i pieją z zachwytu. Jego najnowsza produkcja – “Dunkierka” – właśnie trafia do kin. Zachodnie media już zdążyły ją docenić – aktualnie 97% i 8.9 w skali 1-10 na rottentomatoes.com mówi samo za siebie. Czy jest tak dobrze czy może to kolejny obraz, który podzieli widownię?

     Cóż, moim zdaniem wszystkiego po trochę. Nie jest to może powrót Nolana do poziomu “Prestiżu” czy dwóch pierwszych Batmanów, ale też nie ma tu tego przekombinowania i nieznośnego stężenia nolanizmów na klatkę filmu jak w “Intestellar” czy “Dark Knight Rises”. Reżyser wziął na warsztat temat niełatwy. Paniczna ewakuacja wojsk brytyjskich z francuskiego wybrzeża to temat mocny i jak wszyscy wiemy z historii – ciężko nazwać to zwycięstwem.

     Od razu miejmy z głowy podstawową sprawę: Nolan jest wybitny jeśli chodzi o audiowizualną stronę swoich filmów. Dunkierka nie jest wyjątkiem. Świetne zdjęcia, genialny montaż dźwięku, ciekawe utwory Hansa Zimmera. Pod tym względem to obraz niemal kompletny. Dźwięk i obraz, praca kamery budują tu napięcie kiedy trzeba i niemal nie ma scen, które uznałbym za zbędne. Pod  względem technicznym to kino najwyższej próby.

     Reżyser zdecydował się na dwa ciekawe zabiegi. Pierwszy bardzo mi się podobał… na początku. Chodzi o niemal całkowity brak dialogów. Momentami to wręcz kino nieme. Żołnierze nie rozmawiają ze sobą, są kłębkiem nerwów. Brudni, głodni, spragnieni, widzący ukochany dom na horyzoncie i mający cały czas oddech wroga na plecach. Jest to całkiem sensowna wizja i pierwsze pół godziny wciągnęło mnie bez reszty. Poza tym – biorąc pod uwagę dialogi (aka wygłaszanie WAŻNYCH PRAWD i MOCNYCH DEKLARACJI) w dwóch poprzednich filmach Nolana – im mniej rozmów w tym stylu, tym lepiej. Chociaż i tak pojawia się kilka czerstwych kawałków przeładowanych patosem. Problem pojawił się po wspomnianych 30 minutach. Bez rozmów nie poznałem bohaterów. Potrzebuję na ekranie kogoś, z kim mogę się identyfikować, kogoś z krwi i kości, żebym wiedział komu i dlaczego kibicować. Samej empatii dla żołnierzy w potrzasku nie starczyło na cały seans i z każdą następną minutą było mi bardziej obojętne co się właściwie stanie.

     Drugi zabieg to zaburzona chronologia i trzy różne osie czasowe. Akcję oglądamy z trzech perspektyw: ostatni tydzień ewakuacji żołnierzy na plaży, ostatni dzień na jachcie cywilnym, który płynie na pomoc i ostatnia godzina czyli osłona operacji z powietrza. Zabieg to odważny i całkiem sprawnie zrealizowany, ale w zasadzie nie wiem jaki był cel. W “Incepcji” czy “Memento” chronologia miała funkcję fabularną, a tu w zasadzie to popis reżysera. Efektowny, ale dla mnie zabił w pewnym sensie część dramatyzmu. Bo dlaczego miałbym się martwić o jakiegoś bohatera w trudnej sytuacji skoro wiem z innej linii czasowej, że obecne kłopoty przeżyje? Poza tym mam wrażenie, że nawet bez dialogów mógłbym bardziej identyfikować się z postaciami, gdyby ich historia szła od punktu A do B, C itd., a nie od A do K, potem W, L i D.

     Cały seans uwierała mnie jeszcze jedna rzecz: skala. Stara prawda dotycząca robienia filmu: pokaż, a nie mów. Nolan nie słucha. Kilkukrotnie słyszymy zatem deklaracje o tym, że na plaży jest aż czterysta tysięcy ludzi do ewakuacji. W ani jednej scenie nie widziałem liczby tego rzędu. W jednym kadrze jest kilkuset wojaków na molo, w innej może tysiąc na plaży i tyle. To samo tyczy się okrętów. Widzimy maksymalnie jedną dużą jednostkę. Ok – tu się czepiam, bo Anglicy bojąc się U-Bootów i Stukasów nie wysyłali w większych grupach. Ale bitwa powietrzna jest taka sama! Trzy samoloty na trzy inne samoloty. Albo kiedy “cała Anglia przypływa po swoich synów” w kadrze mamy jakieś dziesięć, może piętnaście jednostek cywilnych. Serio? Ja wiem, że Nolan chciał prawdziwe samoloty, ludzi, rekwizyty i wszystko jest zrobione świetnie, ale trochę CGI w tle by nie zaszkodziło. Pokazałoby rozmiar operacji, a tak cały czas mam wrażenie, że te czterysta tysięcy owszem jest, ale tylko w dialogach.

     Nie pomaga też kategoria wiekowa PG-13. Nie trzeba od razu pokazywać aż takiego gore jak “Szeregowiec Ryan”, ale “Dunkierka” wygląda bardzo… teatralnie? Brak krwi, brak mocniejszych akcentów powoduje, że jest w tym wszystkim jakiś… sam nie wiem. Może nie fałsz, ale coś właśnie teatralnego, nieprawdziwego. Brakuje kropki nad i w pokazywaniu horroru tej sytuacji. Całość przez to przypomina dość mocno kino wojenne z lat siedemdziesiątych. Coś jak “O jeden most za daleko”.

     Marudzę i marudzę, ale nie jest tak, że “Dunkierka” to zły film. Co to, to nie. Na pewno lepszy niż dwa poprzednie obrazy Nolana, co bardzo mnie cieszy. Po prostu brakuje tu czegoś, co sprawiłoby, żebym zapamiętał ten obraz na dłużej. Obejrzeć można, ale nie jestem pewien czy koniecznie w kinie.

Comments

comments