Jestem ortodoksem jeśli chodzi o spoilery. Wkurza mnie nawet informacja, że w jakimś filmie będzie taki “plot twist”, że opadnie mi szczęka. Potem oglądam, snuję 3 różne wizje na raz i w końcu domyślam się niespodziewanego zwrotu akcji. Dlatego jeśli macie podobne podejście i zamierzasz grać w “Life is Strange”, przestańcie czytać w tym miejscu. Bardzo trudno napisać cokolwiek o tej grze nie zdradzając nawet naprawdę ogólnych elementów, które i tak – moim zdaniem – warto poznać samemu. Drodzy czytelnicy, czujcie się ostrzeżeni!

     Jako gracz wcielamy się Max Caufield. To bystra, inteligentna i nieśmiała osiemnastolatka, marząca o zostaniu fotografem. Pięć lat temu wyjechała z Arcadia Bay do Seattle. Wraca do rodzinnego miasteczka, bo tu może uczyć się na elitarnym kierunku fotograficznym, pod okiem słynnego portrecisty, Marka Jeffersona. Spotyka Chloe, najlepszą przyjaciółkę z dzieciństwa, poznaje mroczne tajemnice lokalnej społeczności i… odkrywa w sobie moc manipulacji czasem. W ograniczonym zakresie rzecz jasna.

     “Life is Strange” jest bardzo specyficzne. Gry w grze jest tu tyle co mniej więcej w “Walking Dead”. Trochę chodzenia, trochę zabawy z czasem, mnóstwo dialogów i przeglądania różnego rodzaju papierów, plakatów, szaf, szafek, szuflad i każdego miejsca, w którym można znaleźć jakieś wskazówki. Dlatego ciężko ocenić tzw. “gameplay”, bo go właściwie nie ma. Liczą się tylko nasze wybory w podbramkowych sytuacjach, a mają one ciut mocniej odczuwalne konsekwencje niż we wspomnianej grze o zombie. W “Walking Dead” bowiem bardzo szybko (jedno wczytanie poprzedniego stanu) okazywało się, że nasze decyzje są tylko sztuczką twórców, dają złudne poczucie panowania nad historią, a w rzeczywistości nie miały znaczenia.

     Na pewno grafika nie zasługuje na więcej niż dwa dobre słowa: ładne tła. Cała reszta trąci myszką, a już na twarze po prostu nie da się patrzeć. Wyglądają tak źle, albo gorzej od tych, które znamy z niesławnego “Mass Effect: Andromeda”. Tak, wiem, “Life is Strange” to niskobudżetowy tytuł z 2015 roku więc nie powinienem się spodziewać fajerwerków. Problem w tym, że jeśli większość czasu spędzam na dialogach, oglądając twarze z bliska, w ciasnych kadrach – twarze powinny mieć minimum wiarygodności. A tu mamy plastikowe maski, niemal bez mimiki, bez emocji. Dodatkowo co jakiś czas tzw. “lip-sync” (synchronizacja ruchu ust z mową) zawodzi i w dramatycznych momentach zamiast emocji odczuwałem irytację niedoróbkami technicznymi. Taki “Heavy Rain” ma ponad 7 lat, a wygląda nadal obłędnie pod tym względem. Jasne, tam tez był spory budżet, ale to było 5 lat przed “Life is Strange”. W tej branży to jak dwa pokolenia temu.

     Najważniejsza jest historia i tu mam problem. Z jednej strony autorzy czerpią naprawdę z najlepszych możliwych wzorców. Jest tu trochę “Efektu motyla” (a co tam, ja uwielbiam ten film), trochę “Miasteczka Twin Peaks”, trochę psychodelii rodem z “Donnie Darko”, elementy “Blair Witch Project” czy narkotycznych snów Maxa Payne’a. W centrum tego wszystkiego jest całkiem sensowna historia o przyjaźni, dojrzewaniu, trudnych wyborach, odpowiedzialności i wszystkich możliwych problemach nastolatków. Od agresji w szkole, przez bunt po odkrywanie własnej seksualności i pierwsze miłości. Całość okraszona naprawdę ciekawym klimatem, na który składa się wszechobecna jesień, tajemnica i cudowna muzyka razem ze świetną oprawą dźwiękową.

     Mnie to kupiło tylko połowicznie. To zapewne (jak stwierdził mój znajomy – boncek – pozdrawiam!) kwestia wrażliwości i tego czy się kupi ten klimat czy nie. Podobała mi się psychodelia, podobały mi się wątki detektywistyczne i rozmowy z dziwacznymi mieszkańcami Arcadia Bay, podobało mi się rozwiązywanie tajemnicy pewnego zaginięcia. Nie podobała mi się natomiast spora część gry (aż dwa pierwsze rozdziały z pięciu) gdzie mamy masę interakcji z rówieśnikami, głównie Chloe i sporo licealnej dramy, która mnie jakoś specjalnie nie emocjonowała. Szczególnie, że wspomniana przyjaciółka Max jest zepsutą buntowniczką, pije, jara trawę, wszystkim wisi kasę i strzela do butelek. Nie zrozumcie mnie źle, to nawet ciekawa i złożona postać. Problem w tym, że twórcy swoją narracją wręcz nakazują nam ją lubić i uważać za pozytywną bohaterkę. To mnie męczyło i przyniosło raczej odwrotny skutek od zamierzonego. W dodatku Chloe poświęcono bodajże w drugim czy trzecim epizodzie całą sekwencję w alternatywnej linii czasu i to było w moim odczuciu naprawdę zbędne. Bez tego elementu gra nic by nie straciła, a tak trzeba się przeklikać przez całość i stracić dobre pół godziny jak nie więcej. Choć znów – może to mój brak wrażliwości i na kimś innym akurat te sceny zrobią wrażenie…

     Do wad dorzuciłbym jeszcze to, co czeka każdą produkcję mającą w planach zabawy z linią czasu. Nielogiczności i dziury fabularne. Nie są duże i nie rozwalają całej historii, ale jednak trochę mnie uwierały, jak drzazga wbita w palec. W takim “Heavy Rain”, że znów się odwołam, też zdarzały się całkiem spore nieścisłości, ale spychała je na dalszy plan misja ratowania syna, z tykającym zegarem nad głową. Druga sprawa to elementy, które mnie irytują w samej opowieści już na starcie. Na przykład Max i Chloe były najlepszymi przyjaciółkami, potem ta pierwsza wyjechała na pięć lat do Seattle i… nie wysłała nawet jednego SMSa. Kontakt się urwał na cały ten okres zupełnie, a tu nagle Max wraca i czuje się z tego powodu winna, ale nie potrafi tego wyjaśnić. Jakoś mi się to nie klei.

     Biorąc pod uwagę powyższe – nie dołączę do grona wielbicieli “Life is Strange”, nie dam najwyższej oceny, ale też nie odradzam tej pozycji. Wręcz przeciwnie. Każdy powinien w to zagrać. Jednych odrzuci kompletnie, inni – jak ja – będą mieć mieszane uczucia, a jeszcze innymi – tu znów, cytat z kolegi boncka – “historia totalnie zawładnie, zagra na sentymentach i wychłoszcze klimatem”.  Myślę, że warto się przekonać samemu.

Comments

comments