Ivan Locke to angielski budowlaniec. Żona, dzieci, praca. Poznajemy go kiedy wsiada do auta… i wszystko przewraca się do góry nogami. Ivan jedzie bowiem na poród swojego dziecka z przypadkową partnerką. Podczas jazdy musi dodawać otuchy rodzącej, wyznać żonie zdradę i jeszcze zaopiekować się gigantyczną akcją wylewania betonu, którą powinien nadzorować osobiście. Cała akcja dzieje się w aucie. Locke jedzie i rozmawia z kolejnymi osobami przez telefon. Pomysł jest oryginalny, ale wcale nierzadko wykorzystywany.

     Hardy jest świetny i doceniam to jak starał się, żebym nie umarł z nudów oglądając tak naprawdę jedną scenę. Aktor na ekranie dwoi się i troi. Przeżywa, wkurza, nawet rozmawia ze swoim zmarłym, patologicznym ojcem. Film przypomina przez to raczej sztukę teatralną. Problem w tym, że Ivan i jego problemy zupełnie mnie nie obeszły. Nie poczułem do niego ani sympatii, ani współczucia, ani nie pobudziło mnie to do żadnej refleksji. Ot, narozrabiał i chce naprawić. Niby to szlachetne, ale coś mi nie zagrało, coś było w tym sztucznego. Coś, co spowodowało, że nie mogłem się utożsamić z bohaterem. Wczuć w jego dramat.

locke

     Spojlery nadciągają! Dalej czytasz na własne ryzyko. Może dlatego, że sytuacja była do rozegrania zupełnie inaczej? Mógł nie jechać, zrobić beton, powiedzieć żonie, a potem i tak zaakceptować dziecko, dać mu nazwisko i pomóc tamtej kobiecie? Po prostu scenariusz pachnie sztucznym podbijaniem dramaturgii i jakoś nie uwierzyłem w tę historię. Jako popis aktorski Hardy’ego – polecam, ale jako dramat – zupełnie nijaki.

Comments

comments