Jeśli film o muzykach i jazzie jest w stanie przez 90% czasu trzymać twój zad na skraju krzesła to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli przez większą część seansu pocisz się razem z głównym bohaterem, jeśli twoje palce nerwowo zaciskają się tak mocno, że bieleją knykcie – masz do czynienia z czymś naprawdę dobrym. I mocnym. Masz do czynienia z Whiplashem.

     Andrew Neimann to młody perkusista, który marzy o dołączeniu do jazzowych legend tego instrumentu. Trafia do najlepszej szkoły w USA, gdzie wpada w oko nauczycielowi-dyrygentowi, który ma opinię mistrza w swoim fachu. Terence Fletcher to jednak nie jest byle belfer. To skrzyżowanie doktora House’a, kapitana Herberta Sobela z Kompanii Braci i sierżanta Hartmana z Full Metal Jacket. Sadystyczny perfekcjonista, socjopatyczny manipulator i przyczajony furiat w jednym. Andrew po pierwszym szoku wcale nie zamierza łatwo porzucać marzeń, mimo kolejnych kłód rzucanych pod nogi.

wl2

     Oczekiwałem filmu muzycznego, a to jest rasowy thriller. Napięcie można ciąć nożyczkami. Wszystkie sceny z udziałem wspomnianych bohaterów zawierają dawkę emocji, która starczyłaby na kilka osobnych produkcji. Rewelacyjnie dobrani aktorzy toczą pasjonujący pojedynek charakterów. Nie wiadomo kto i kiedy wyprowadzi kolejny cios, podłoży drugiemu kolejną świnię. A przecież to niby historia o waleniu w bęben!

     Milles Teller jako Andrew wypadł wyśmienicie. Uwierzyłem w jego opowieść, w jego emocje, w jego dramaty. Uwierzyłem w poczucie wyalienowania i w granice wytrzymałości, które próbował przesunąć. Miał trudne zadanie, bo dostał nie lada oponenta. J.K. Simmons do tej pory kojarzył mi się z apodyktycznym i groteskowym redaktorem naczelnym ze Spidermana. Tu nie ma w sobie za grosz tej groteski. Gra tylko (i aż) nauczyciela muzyki, a jest momentami przerażający jak John Doe z Siedem, kiedy indziej wyrachowany i metodyczny jak Hannibal Lecter. Nie widziałem pozostałych nominowanych do Oscara za drugi plan, ale nie wiem co i kto musiałby zagrać, żeby w tym roku pokonać Simmonsa. Być może nawet rola życia.

wl3

     Jazz jest tu, jak na film muzyczny, trochę w tle. Nadal – kawałki dobrano świetnie, idealnie podkreślają ważniejsze momenty, a złożoność utworów świetnie obrazuje jakim ciężkim kawałkiem chleba jest granie jazzu na najwyższym poziomie. Ciekawie pokazano świat, w którym funkcjonują najlepsi. To żadne High School Musical. To szkoła przetrwania, wyścig szczurów, walka każdego z każdym. Tu nie ma przyjaciół, medali za sam udział i drugich miejsc.

     Na osobny akapit zasłużył autor zdjęć. Sharone Meir sprawił, że oglądałem jazzowy big band (grający jakiś tam standard) z zapartym tchem. Dynamiczna praca kamery. Kamera wiruje, skacze od dyrygenta, przez zbliżenia na nuty, instrumenty, żeby na koniec pokazać pot spływający po uchu perkusisty. Wygląda to wszystko niesamowicie. Jest dynamicznie i efektownie, a w połączeniu z muzyką dostajemy hipnotyzujący audiowizualny show. Momentami zatykało mnie z wrażenia.

wl1

     Dałem sobie czas po seansie, bo po napisach końcowych bliski byłem oceny maksymalnej. Dlaczego w takim razie “tylko” dziewiątka? Jest kilka elementów, do których można się przyczepić. Niezbyt podobało mi się wszystko co działo się poza szkołą. Scena rodzinnego obiadu czy cały wątek romantyczny wydają się przyklejone do fabuły na siłę. Wiem jaka jest ich rola, ale można to było albo porządniej zrobić/rozwinąć, albo podarować zupełnie i te same treści przemycić w dialogach. Przy całym realizmie historii, sceny z wypadkiem i te zaraz po nim, wydały mi się solidnie przesadzone. Jakby nieprzystające do reszty scenariusza.

     To jednak detale. Whiplash to tytuł ocierający się o geniusz. Świetnie pomyślany, pięknie nakręcony, koncertowo zagrany (dosłownie i w przenośni). Godny polecenia każdemu, kto lubi ambitne kino. Ode mnie dostaje dziewiątkę i nieistniejący znaczek Żaba Poleca!

Comments

comments