Nie napisałem ani słowa po obejrzeniu ostatniego odcinka Breaking bad. Ostatniego w ogóle. Chciałem na spokojnie tak piąty sezon jak i cały serial przetrawić, przemyśleć i nie pisać niczego w emocjach. Emocjach przez wielkie E, bo przyznaję: o ile początek finałowego sezonu to znów nudnawa papka o tyle druga połowa to jazda bez trzymanki. Momentami wgniatało w fotel, ściskało gardło, a wnętrzności skręcało w esy-floresy. Nie będzie osobnego podsumowania więc postaram się ocenić na koniec serial jako całość. Spojlery będą – oczywista oczywistość.

     Kiedy skończył się czwarty sezon zastanawiałem się głośno o czym może być kolejny. Nieprzypadkowo. Najciekawszy wątek, budowany przez kolejne serie, został zamknięty. Piąta seria to żmudne budowanie nowego imperium od zera. Walter, Mike i Jesse próbują odtworzyć sieć dystrybucji i zaczynają pichcić metę. Entuzjastycznie do tego podchodzi wyłącznie White. Jest tu kilka zabawnych momentów (“mam tu dosyć szkopów, żeby najechać Polskę”), nowe postaci (Lydia, Todd) ale generalnie miałem deja vu z dwóch pierwszych sezonów. Nie było tragicznie ale bez szału. Zupełnie. Jedynie sceny gdzie pojawiał się Mike albo Saul jak zawsze były ciekawe. Napiszę w tym miejscu coś w obronie serialu. Może być i tak, że to oglądanie ciurkiem sprawia iż dwa-trzy “spokojne” odcinki powodują znużenie. Gdybym dozował sobie jeden na tydzień mogłoby być inaczej.

lydia

     Cieszy mnie, że Mike dostał sporo czasu na ekranie. Fantastyczna postać. Gangster z zasadami, zabija bez mrugnięcia okiem ale tylko wtedy gdy jest to konieczne. Po godzinach kochający dziadek. Świetnie zagrany. Żal, że tak, a nie inaczej wyglądał jego koniec. Z rąk jakiejś pieprzonej łajzy, która nawet broni nie potrafi trzymać jak facet. Przy okazji –  kilka dialogów kiedy Mike podsumowuje Walta – majstersztyk. Zawsze mówił mu prawdę w oczy. Od A do Z i bez żadnych ozdobników.

     Jesse w ostatnim sezonie przechodzi kolejną metamorfozę i podobało mi się jak ostatecznie poprowadzili jego historię. Nadal nie był typem samca alfa ale po drodze bardzo dużo się nauczył i w końcu zaczął rozumieć manipulacje Walta. Nadal nie mogę tylko przeboleć, że kieszonkowcem (od podmianki papierosów) okazał się ochroniarz-spaślak z dłońmi jak bochny chleba i paluchami grubości suchej krakowskiej. Szkoda, że nie okazał się jeszcze sprinterem i karateką.

breakingbad-episode-2-walt-jesse-mike-600x3501

     Dwa odcinki zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie. Pierwszy to ten ze skokiem na pociąg. Sprawnie nakręcony, trzymający w napięciu, z finałem, który powala na ziemię. Nie tylko w przenośni. Drugi to 5×14: Ozymandias. Najmocniejszy, najlepszy i najbardziej szokujący odcinek całej produkcji. Idealnie pokazuje wszystkie zalety serialu. Klincz głównych bohaterów, rozjazd między wyrachowanym planowaniem, a praktyczną realizacją i czymś za co polubiłem Breaking Bad najbardziej. Niczym mnie nie zaskakuje, a i tak budzi spore emocje. Wiedziałem jak musi się skończyć scena na pustyni, a i tak bardzo przeżyłem jej finał. W filmach zazwyczaj bazuje się na elemencie zaskoczenia. Nagle okazuje się kto jest mordercą, kto zginął albo kto wie co zrobiłeś poprzedniego lata. Historia Heisenberga nie ma wiele takich momentów, a potrafi trzymać w napięciu i zmuszać do obgryzania paznokci jak klasyki Hitchcocka. Za to należą się ogromne brawa tak aktorom jak i reszcie ekipy.

     Osobne słowa uznania dla Bryana Cranstona. Gość świetnie zagrał od początku do końca. Upadek moralny Waltera White’a, te jego tłumaczenia, usprawiedliwiania i jednocześnie nieposkromiona pycha. Wbrew pozorom to nie była rola jakich wiele dlatego czapki z głów przed Cranstonem. Zasłużył na miejsce w galerii sław tak samo jak Laurie za House’a czy Hall za Dextera.

breakingbad0514

     Z minusów poza nudną pierwszą połową sezonu: nie podobała mi się Skyler. Nagle znów się przeraziła. Niby weszła już na całego jako księgowa mini-mafii Heisenberga, a potem nagle załamanie nerwowe. Potem znów nagle jej się odmieniło o 180 stopni i chciała żeby w ich rodzinnym interesie zabijać? Jakoś nienaturalnie to wypadło. Chociaż sceny gdzie walczy z Walterem (dosłownie i w przenośni) o bezpieczeństwo dzieci były całkiem dobre. Druga spora wada to antagoniści – cały ten gang nazioli. Po rewelacyjnym Gusie i jego wielkiej meta-korporacji, wujek Jack i kilkunasty debili ze swastykami? Serio? Wyglądali na takich, których DEA pakuje do ciupy w miesiąc po rozpoczęciu produkcji. Po chirurgicznej precyzji i taktycznej mądrości Fringa, nowa ekipa wypadła jak objazdowy cyrk składający się z samych klaunów.

     Pora na ostatni istotny wątek: finał. Wiedziałem, że po Ozymandiasie nie zrobią już nic lepszego i miałem rację. Poza tym przypomniał mi się finał czwartej serii Dextera. Oglądając myślałem sobie “o rany ale czad”. Denerwowałem się, przeżywałem, a po wszystkim jak po najlepszych serialach: uczucie spełnienia ale i niedosytu. Tylko im dłużej myślę o zakończeniu tym głupsze mi się wydaje. Pomysł z CKMem w aucie, założenie, że wszyscy będą w domku, że zobaczy Pinkmana, że nie zabiją go od razu, od tak. No nie zagrało mi to do końca. Tak jak sceny poprzedzające. Cała policja wie, że Heisenberg w mieście, ten łazi po najbardziej oczywistych miejscówkach ale wiadomo, nie ma opcji, żeby go złapali. Walter Ninja White. Kończąc wątek: nie zagrało mi też rozgrzeszenie Walta. Ostatni odcinek to ewidentna spowiedź, testament i dobrowolne pójście w ogień. W sensie: przez cały serial doszedł do takiego momentu zepsucia, stał się tak zły, okrutny i bezwzględny, że nie przekonała mnie jego skrucha w finale. Może jestem fatalistą ale spodziewałem się raczej, że wszystko ujdzie mu na sucho i odejdzie gdzieś daleko z morzem kasy.

zabimokiemblank

     Tak czy siak – warto było. Piąty sezon za kilka momentów dostanie ode mnie prawie najwyższą notę, natomiast cały serial oceniam na mocne osiem i stawiam obok Dextera (pomijając finałowy, kretyński sezon tego ostatniego). Początki były trudne. Nie można winić ludzi, którzy odpadli wcześnie i do produkcji nie wrócili. Przebijanie się przez pierwsze dwie serie może uśpić ale potem człowiek zostaje wynagrodzony. Z nawiązką. Nie żałuję poświęconego czasu i tak jak napisałem – warto było. Kilka momentów naprawdę mną wstrząsnęło, a w tym całym biznesie chyba o to właśnie chodzi. O wzbudzanie emocji w widzach.

Comments

comments