Dan Brown popełnił kolejną książkę, w której opisuje perypetie Roberta Langdona. Światowej sławy speca od ikonografii i symboli. Tym razem nie ma już ani spisków na łonie kościoła, ani tajnych, religijnych organizacji dybiących na życie profesora. Jest za to szalony i genialny naukowiec od genetyki, ludzie z WHO, Boska komedia Dantego i jak zawsze – masa symboli i zagadek do rozwikłania. Przez pierwsze 2/3 miałem wrażenie, że autor odcina kupony od sławy, jaką zapewniły mu Anioły i demony oraz Kod Leonarda da Vinci. Miałem wrażenie, że dostałem jeszcze raz to samo tylko ciut inaczej. Wiele zwrotów fabularnych było przewidywalnych mając w pamięci poprzednie części. Później na szczęście robi się trochę ciekawiej i niespodzianka goni niespodziankę, a wszystko wywraca się do góry nogami. Zakończenie jest już naprawdę rewelacyjne i jak na ten typ literatury pozostawiło w mojej głowie naprawdę spory mętlik.

Dan-Brown-Inferno

     Warto o tym wspomnieć szerzej. Bardzo spodobało mi się wzięcie na tapetę problemu przeludnienia planety. Na co dzień jeśli w ogóle myśli się o zagrożeniach w skali globalnej to do głowy przychodzi raczej trzecia wojna światowa, zagłada atomowa, religijne starcie cywilizacji czy globalne ocieplenie. Jakoś nigdy wcześniej nie zapadłem na głębszą refleksję, że zanim wydarzy się którakolwiek z tych katastrof możemy po prostu przeładować ziemię demografią. Zabraknie miejsca do życia, jedzenia, wody, wszystkiego. Wtedy z dnia na dzień ludzie skoczą sobie do gardeł w walce o przetrwanie dla siebie i rodziny. Po namyśle zaczynam uważać, że to groźniejsza i bardziej niebezpieczna perspektywa niż pozostałe wymienione. Może poza globalnym ociepleniem, które tak naprawdę prowadzi do tego samego. Tym bardziej doceniam sposób w jaki Brown zakończył swoją książkę.

     Kto zna i lubi Anioły i Demony czy Kod albo już przeczytał Inferno, albo powinien. Niecałe 600 stron łyknąłem w trzy wieczory. Czyta się dokładnie tak jak wcześniej. Jednym ciurkiem. Dzieje się dużo, szybko i nie sposób się znudzić. Inferno to nie jest arcydzieło, umówmy się, Brown to inna liga i producent prostych, przyjemnych “czytadeł”. Najnowsza pozycja to mniej więcej poziom Kodu, trochę niżej niż Anioły, ale na pewno wyżej niż Zwodniczy punkt i Cyfrowa twierdza. Zaginionego symbolu jeszcze nie czytałem.

Comments

comments