Aubrey Plaza do tej pory kojarzyła mi się głównie z serialem “Parks and Recreation”, ewentualnie z prostymi (żeby nie powiedzieć prostackimi) komediami typu “Dirty Grandpa” czy “Randka na weselu”. Po rekomendacji, która pojawiła się na kanale Screen Junkies postanowiłem sprawdzić jak Aubrey radzi sobie w poważniejszym filmie i muszę przyznać że zostałem pozytywnie zaskoczony. Nawet bardzo pozytywnie.

     Ingrid Thorburn (Plaza) to dziewczyna z problemami. Dopóki żyła jej mama, była z nią nierozłączna. Choroba i śmierć najbliższej osoby odcisnęły na psychice Ingrid mroczne piętno. Uzależnienie od Instagrama, desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi i chłonięcie każdej aktywności w sieci, którą ktoś kieruje do niej (like, komentarz) stają się jej codziennością. Kiedy na radarze pojawia się super popularna “instagramerka” Taylor Sloane (Elizabeth Olsen), tytułowa bohaterka zaczyna mieć obsesję na punkcie nowej idolki. Z czasem popada w coraz większy obłęd.

     “Ingrid Goes West” to ciekawy i nienachalny komentarz na temat społeczeństwa epoki informacyjnej. Zasięgi, followersi, influencerzy, żyjący na pokaz, uzależnienie poczucia własnej wartości od liczby lajków. Matt Spicer nie cacka się ze swoimi bohaterkami. Pokazuje nam niezrównoważoną Ingrid jako przykład, ale mam wrażenie, że dużo bardziej nie lubi Taylor. Znacie to zapewne z własnego walla na Facebooku. Szczęśliwa, wiecznie uśmiechnięta, zawsze robiąca coś ciekawego. Nawet na śniadania nie je byle bułki, która przecież fatalnie wypadłaby na udostępnianym zdjęciu! Wszystko jest dla niej cudowne, inspirujące i pełne słońca. Kiedy jednak zajrzy się za głębiej za tę fasadę, okazuje się ile z tego jest rzeczywistością, a ile na pokaz.

     …i to chyba jest najciekawsze w opowiadanej historii. Spicer nie próbuje banalnie odwracać ról. Taylor, pod tymi wszystkimi filtrami z Instagrama, nie jest nieszczęśliwą i żałosną istotą chowającą się za serią kolorowych zdjęć. Wręcz przeciwnie, sprawia wrażenie szczęśliwej, ale już jej otocznie niespecjalnie pasuje do wizji, którą sprzedaje innym. Jej najbliżsi zdają się – delikatnie mówiąc – nie podzielać entuzjazmu “influencerki”. Dzięki zbudowaniu tej postaci na szarościach, a nie w czarno-białym kontraście, dużo mocniej wybrzmiewa morał historii. Jest on interesujący i aktualny, ale dość jednoznacznie negatywny i trochę przerażający. Coraz częściej żyjemy życiem obcych ludzi, a owi ludzi sami nie żyją własnym, tylko jakąś dziwaczną, spreparowaną, plastikową atrapą życia.

     Elizabeth Olsen czy grający jej chłopaka Wyatt Russell prezentują się bardzo dobrze i autentycznie. Brat Taylor – Billy Magnussen – irytuje i trochę przeraża, ale chyba dokładnie o to chodziło więc oceniam tę rolę na plus. Prawdziwą gwiazdą jest tu jednak Aubrey Plaza. Pokazuje widzom całą masę zachowań, które na zmianę wzbudzają obrzydzenie, strach, ale też zrozumienie i empatię. Fantastyczna kreacja i szkoda, że film przeszedł w zeszłym roku bez echa, bo nominacja do Oscara nie byłaby przesadą.

     “Ingrid Goes West” to intrygujący obraz współczesnego Homo Insta Sapiens, który zaczyna de-ewoluować w kierunku osobnika zrośniętego z ekranem telefonu. Osobnika omamionego wizją lajków, zasięgów, rzeszy followersów. Osobnika zazdroszczącego szalonego i szczęśliwego życia tym, których szalone i szczęśliwe życie tak naprawdę istnieje tylko na zdjęciach maźniętych insta-filtrem. Przerażająca wizja, domknięta smutną puentą, ale – na nasze nieszczęście – nie czuć w tym przesady. Pozostaje mieć nadzieję, że historie takie jak ta z filmu zamieszają w głowie i przywrócą nam właściwą perspektywę zanim będzie za późno.

Comments

comments