Absolutna gwiazda sylwestrowego wieczoru. Hit nad hity. Dość powiedzieć, że historię napisał, wyreżyserował i zagrał w tejże RZA. Tak, ten koleś z Wu Tang Clanu. Na tym mógłbym skończyć ale to byłoby świętokradztwo. Tak wiekopomne dzieło zasługuje na więcej niż dwa-trzy zdania.

tmwtif2

     Wicie, rozumicie… jest sobie kowal. Tu już pierwsze ukryte znacznie, bo on się zwie Smith i jest czarny. Macie to? Black Smith! Blacksmith! Ten nasz kowal ucieka z niewolniczej Ameryki do Chin gdzie osiedla się w małej wiosce. Wioska ma bardzo chińsko-brzmiącą nazwę: Jungle Village. Otóż w tym miejscu ścierają się różne klany wojowników. Wilki, lwy i inne takie. Po co i dlaczego? Kogo to obchodzi? Ważne, że robią to skacząc po głowach, wyrywając ręce i rozcinając brzuchy. Wszystko okraszone efektami, których nie powstydziliby się Troma czy Z.F. Skurcz. No więc szef lwów – uwaga – Złoty Lew ma eskortować złoto. Jego zastępca, Prince (you don’t have to be beautiful…) zwany też Srebrnym Lwem do spółki z frajerem z trzeciego miejsca (Brązowy Lew, duh!) zabijają bossa i przejmują gang, po czym sieją zniszczenie i kradną złoto. W między czasie pojawia się z dupy wyjęty członek X-Menów zwany dla niepoznaki X-Blade. Dostaje srogi wpierdol od człowieka z Lubina. Facet cały z miedzi i mosiądzu więc mus, że z Lubina, nie? No, to on klepie nam biednego X-Blejda, a kowalowi za pomoc udzieloną eks blejdowi upierdziela łapy. Mało? Na to wszytko pojawia się Lucy Liu jako burdel-mama i obrzydliwie spasiony Rusell Crowe, który sam siebie mianuje Jackiem Nożem i nożem członki obcina. Potem pomaga kowalowi RZA odlać ramiona z żelaza. Czarny Smith przykłada do nich ręce upitolone w łokciach i bach! Nagle to jego ręce. Bo przecież był kiedyś w Shao Lin czy czymś podobnym i Pai Mei (tak, ten sam co w Kill Billu) nauczył go, że siłą woli ożywi dowolny martwy obiekt, jak te stalowe łapy. Myślicie, że to wszystko? Hehe, nope. Jest jeszcze żona kowala – Jedwab (tak, tylko ona…) ale nie wiadomo po co, bo rolę ma pomijalną. Ginie po plaskaczu od Człowieka z Marmu…ee…Mosiądzu. Aha, to był spojler, nie przepraszam. Prócz jedwabistej przewija się jeszcze zakapturzony inspirator Prince’a, który kieruje zamachem na złoto i (jednocześnie) na władzę. Okazuje się, że to brat Elronda, który uciekł najwyraźniej ze Śródziemia, bo za mało flaków tam lata. Dla niepoznaki przybrał nowe, nieelfickie imię – Zatruty Scyzor. A może Sztylet? Nie pamiętam. Wisienką na torcie jest przydupas Jacka Finki, gra go sam Kevin Tran z Supernaturala…ufffff……

tmwtif1

     Chaotyczny opis? Taki właśnie jest ten film. Każdy z wymienionych aktorów głoduje, nie ma co jeść albo wisiał kasę/przysługę raperowi z Wu Tang Clanu. Innego logicznego wyjaśnienia dla powstania tego crapiszcza po prostu nie znajduję. Pomijam już nęcenie na okładce nazwiskiem Tarantino (Quentin przedstawia) i fakt, że kilka scen jest nieudolnie zerżniętych z Kill Billa. Opis fabuły może zwiastować odjechane kino a’la Rozdriguez czy wspomniany na okładce twórca Django. Nic z tych rzeczy. Brak sensu, fabuły, budżetu, cycków, wyrazistych postaci, do tego dochodzi słaby hip-hop w tle i efekty niespecjalne. Brak mi słów na to jak zły jest ten film. Jedyny mini-plus to Crowe, który nawet w takim gównie zaznacza swoją obecność dobrą grą. Dlaczego w ogóle oglądałem? Przyjaciel przyniósł DVD. Nie wiem skąd go ma ale jakbym miał zgadywać to widzę taką scenkę: gość kupuje parówki, bułki i masło w Biedronie. Daje pani kasę, a ta wydając proponuje: mogę być grosik winna albo dać panu ten film. Cóż, powinien był darować grosik. Z drugiej strony – gdyby nie ten seans pewnie za rok nie pamiętałbym tego sylwestra, a tak…

Comments

comments