Nigdy nie zakładałem, że będę coś pisał, a już na pewno, że regularnie i że jeszcze ktoś poza mną to będzie czytał. Zawdzięczam to z jednej strony książkom i nieistniejącemu magazynowi Świat Gier Komputerowych (świetne recenzje, doskonałe felietony), z drugiej własnemu charakterowi. Czuję potrzebę przelania swoich emocji po seansie gdziekolwiek, a jak nie ma z kim pogadać o filmie to zostaje papier/klawiatura. Są jednak takie produkcje, po których obejrzeniu zwyczajnie nie chce mi się pisać nic. W wypadku Transformers: Ostatni Rycerz to nawet pasuje, bo twórcom wyraźnie nie chciało się robić kolejnego sequela, ale wiedzieli, że trzeba, bo poprzednia produkcja przebiła bilion zielonych na świecie, a po taką kasę nie można się nie schylić.

     Znów pojawia się Mark Wahlberg jako Cade Yeager. Na ziemi jest ban na Transformersy. Na Kubie postać Johna Turturro gada przez telefon. W Anglii, na zamku postać Anthony’ego Hopkinsa skrywa tajemnicę i wie jak zapobiec apokalipsie. W Stanach dziewczynka imieniem Izabella ma przyjaciela Transformera i umie go naprawić. W Oxfordzie wykłada piękna, potrójna magister czy tam doktor Vivian Wembley (szkoda, że nie Stamford Bridge) grana przez Laurę Haddock. Ma ona jakieś ważne geny czy coś. Optimus Prime leci na Cybertron gdzie spotyka swoją boginię, a ta zamienia go w prawdziwego dupka. Król Artur i jego rycerze walczą z najazdem Sasów, a pomaga im Merlin z wielkim metalowym smokiem sterowanym za pomocą lagi. Laga jest artefaktem, o który wszyscy chcą się na końcu pozabijać.

     Mało? A to nie są jeszcze wszystkie wątki jakie dostajemy. Scenariusz nie trzyma się kupy. Postaci jest milion. Te, które wydają się ważne znikają na pół filmu, inne pojawiają się pozornie na chwilę, nic nie wnoszą, a potem co jakiś czas do nich wracamy. Skupienie utrzymałem przez pierwsze czterdzieści pięć minut. Potem zrozumiałem, że tego nie ogarnę, bo scenarzyści nawet nie próbowali stworzyć spójnej, koherentnej historii. Napaćkali po prostu kilkadziesiąt scen, które da się przeładować efektami specjalnymi i zrobić kolejny show CGI. Nic więcej. Chociaż – chyba pierwszy raz w tej serii – nawet ten element nie zawsze daje radę.

     Dialogi to typowy Michael Bay. Albo patetyczne pierdu pierdu o wolności, poświęceniu i odwadze albo żenujące “one-linery”, od których człowiek przewraca oczami bardziej niż po sucharach Strasburgera w Familiadzie. Naprawdę przy takim budżecie nie stać ich na kogoś, kto napisze przyzwoity, średnio udany scenariusz? Czy to naprawdę musi być chaos i zestaw niezwiązanych ze sobą scen i wątków, lepiony na ślinę? I te żarty, te sceny mające widza rozbawić… Przecież to nie jest zabawne nawet dla kilkuletnich dzieci. To samo z elementami, które są zaplanowane na wywołanie u widza emocji, może nawet wzruszenia. Nic nie działa, wszystko jest płaskie jak naleśnik i cały seans siedziałem odarty z jakichkolwiek ekscytacji. Miałem wrażenie, że w moim mózgu zapanowała cisza, bezruch i ciemność.

     Jestem przeciwny wciskaniu na siłę zróżnicowanej obsady, żeby tylko odczepili się od produkcji wojujący “sołszal dżastys łoriors”, ale Bay najwyraźniej się tym przejmuje i dał temu wyraz. Z typową dla siebie subtelnością. Czarnoskóry w tym filmie to pomocnik Yeagera, który na nic się nie przydaje, narzeka i w zasadzie jest bardziej służącym. Mała dziewczynka ma pochodzenie latynoskie. Czasem coś powie po hiszpańsku, a jej Transformer powtarza w kółko “chihuahua”. Boki zrywać. Viviane Wembley to niezależna i wykształcona kobieta. Daje temu wyraz czyniąc nieprzyjemne docinki Cade’owi, poza tym ma trzy fakultety i… tyle. Poza tym jej rola w filmie jest czysto przedmiotowa. Jest ważna dla historii, bo ma takie, a nie inne DNA. Ma też ładnie wyeksponowany biust i urodę trochę w stylu Megan Fox. Ładnie się uśmiecha. Z każdej opresji raduje ją dzielny Yeager, aż do momentu, w którym para po prostu się w sobie zakocha. Dramat.

     No i jeszcze ta nieszczęsna legenda arturiańska. Jeśli ktoś naprawdę uważa, że Guy Ritchie źle zrobił tworząc własną wersję i sprowadzając ją (w swoim oryginalnym stylu!) do londyńskiego rynsztoka to niech obejrzy Ostatniego rycerza. To co tu się odp… wyrabia to już jest jakiś wyższy poziom abstrakcji. Mam nadzieję, że w kolejnej części (która niechybnie powstanie) sięgną po jakieś motywy biblijne. Może Dawid nie walczył tak naprawdę z Goliatem tylko z Goliathem z rodu Decepticonów? Sceny w filmie dziejące się w czasach arturiańskich to aberracja, miałem wrażenie, że coś zażyłem i piguły weszły za ostro. Brak słów.

     Jedyna zaleta tego “kupiszcza” to Anthony Hopkins. Nie dość, że jak zawsze nakrywa wszystkich czapką jeśli chodzi o grę aktorską, to jeszcze ewidentnie ma świadomość jak zły jest film, w którym gra. Wykorzystuje to w pełni i świetnie się bawi na planie co rusz wchodząc swoją postacią na wyższy poziom abstrakcji. Kiedy pojawiał się na ekranie – na chwilę zapominałem jak bardzo marnuję swoje życie poświęcając czas na seans. Za Sir Hopkinsa i tylko za niego dam ocenę o oczko wyżej niż poprzedniej odsłonie, bo tam nie było nawet ćwierć pozytywu. Może jeden dodatkowy: Ostatni Rycerz jest krótszy niż Wiek zagłady. Zawsze coś.

     To w zasadzie tyle. Nie chciało mi się pisać, a wyszło całkiem sporo tekstu. Pewnie więcej niż powinienem był z siebie wydalić. Czuję, że włożyłem w to więcej wysiłku niż Bay i jego ekipa tworząc kolejny film bez żadnego sensu, zaplanowany tylko na łatwy zarobek. Oby takich mniej, chociaż nie mam wątpliwości, że dopóki kasa płynie, dopóty będziemy dostawać kolejne Transformersy.

Comments

comments