Połączenie westernu z horrorem. Brzmi cokolwiek dziwacznie, ale Bone Tomahawk mimo dziurawego scenariusza i budżetu polskiej komedii romantycznej oglądało się wcale nieźle. Kto by pomyślał…

     Brutalne i zwyrodniałe plemię Indian-kanibali porywa zastępcę szeryfa, żonę lokalnego kowboja i przestępcę z celi. Na ratunek rusza miejscowy szeryf, drugi zastępca, mąż porwanej i lokalny piękniś-inteligent-cwaniak-rewolwerowiec. W jednej osobie.

bt1

     Film jest w miarę sprawnym połączeniem świetnych pomysłów, które niestety zostały zrealizowane trochę bez polotu. Są tu dialogi rodem z Tarantino (głównie szeryf i zastępca), jest kilka scen bardzo brutalnych, ocierających się o gore. Jedna scena szczególnie mnie zszokowała. Brutalna, obrzydliwa, naturalistyczna i niepokojąca. Taka z gatunku tych, które chodzą za człowiekiem parę dni. Nie jestem fanem aż takich rzeczy w filmach, mam do tego “słabą głowę”.

     Zawiązanie akcji jest długie i leniwe, ale pozwala wczuć się w klimat Dzikiego Zachodu. Duża w tym zasługa aktorów, szczególnie Kurta Russela, ale i Matthew Fox i Patrick Wilson dają radę. Osobne słowa uznania dla Richarda Jenkinsa, który skradł dla siebie całe show. Problem w tym, że kilka dziur fabularnych razi, tempo jest dziwnie rozplanowane i krótkie sceny akcji dzielą niemiłosierne i nie zawsze ciekawe dłużyzny, a finał nie jest tak dobry jak oczekiwać można było po takiej historii. To samo tyczy się antagonistów. Plemię kanibali jest przerażające, ale momentami też groteskowe, stąd napięcie czasem ulatuje i pojawia się na twarzy widza uśmiech politowania.

bt2

     Ciężko mi polecić Bone Tomahawk, aż tak dobry nie był, ale jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć coś innego to czemu nie? Nietypowe połączenie gatunków podlane niezłymi dialogami, ciekawymi postaciami i gore na pewno znajdzie wiernych fanów. Jedno zaznaczę dobitnie: jak mawiał klasyk w TV, to nie jest film dla widzów o słabych nerwach.

Comments

comments