Holiłód wziął na warsztat klasykę anime i… w zasadzie to nie wiem co napisać. Nie wiem jak podejść do tego filmu. Czy pod kątem tego jak wypada na tle anime z 1995 roku czy może biorąc pod uwagę nieuchronną amerykanizację oryginału? Ciężka sprawa, chociaż smutna prawda jest taka, że nie wyszło i to niemal pod każdym względem.

     Jedyne co warto pochwalić to oprawa audiowizualna. Świat w Ghost in the shell A.D. 2017 jest piękny, spójny i wciągający. Traci trochę Blade Runnerem, trochę jedną z rzeczywistości w Atlasie chmur. Kolorowe, żywe miasto widziane z lotu ptaka, reklamy i billboardy w 3D, a na dole brud, smród i ubóstwo. Uczta dla oczu. A co z uszami? Clint Mansell to uznane nazwisko i nie zawodzi, ale ścieżka dźwiękowa nie ma startu do oryginału. Tam kompozycje były nietuzinkowe i nawet gatunkowo pozornie niepasujące do klimatu. Sprawdzały się jednak wyśmienicie. Mansell poszedł po linii najmniejszego oporu i skomponował kilka sympatycznych kawałków, ale żaden nie zostaje w głowie na dłużej. Ot, poprawna robota, nic poza tym.

     Holiłód chciał zarobić więc sięgnął po Scarlett Johansson. Lubię ją, na pewno nie można odmówić jej tego, że stara się zagrać możliwie najlepiej. Nie przechodzi obok filmu (jak chociażby Jennifer Lawrece w X-Men: Apocalypse). Co z tego, skoro to nie jest rola dla niej? I nie mówię tu o aferze z “white-washingiem”, którą aż żal w ogóle przywoływać. Ludzie, którzy ją rozpętali mają naprawdę jakiś ciężki problem z oceną rzeczywistości. Dla mnie mógłby tę rolę zagrać czarnoskóry facet, biała drag queen albo zielony gej-ufoludek. Niech tylko zrobi to dobrze. Na ironię zakrawa fakt, że tym samym wojownikom poprawności politycznej nie przeszkadza zmiana rasy/wyglądu, jeśli tylko odbywa się w drugą stronę. Żeby daleko nie szukać: Nick Fury z Avengersów. Samuel L. Jackson jest w tej roli fantastyczny i mi pasuje, ale czy to nie jest aby black-washing?

     Mi Johansson nie pasowała z innego powodu, mianowicie problem w tym, że jest… sobą. Aktorką z absolutnego topu, jeśli brać pod uwagę popularność. Niezła, ale nie wybitna, bez umiejętności scalenia się z odgrywana postacią tak, żeby znana twarz zniknęła gdzieś pod spodem. W każdej scenie widziałem znaną twarz, a nie Panią Major i to jest główny problem tej decyzji castingowej. Na plus (czyli jest więcej niż jeden!) zaliczam jeszcze postacie Batou i szefa Sekcji 9. Świetny dobór aktorów, świetne kreacje postaci w wykonaniu tychże.

     Jeszcze większym problemem jest decyzja Holiłódu, żeby uprościć fabułę. Ona nawet nie jest już prosta, jest prostacka. Wszystkie niuanse są tu podane jak kawa na ławę (pierwsza rozmowa pani doktor z Major). Wiesz, Twój mózg jest żywy, jest takim sobie DUCHEM, ale cała reszta jest sztuczna, to taka SKORUPA. Wiesz, jesteś DUCHEM W SKORUPIE, takim GHOST IN THE SHELL. Rozczulające. Bardziej łopatologicznie się nie dało. Rozumiem, że chcieli trafić do szerokiego grona odbiorców (anime jest jednak dość trudne w odbiorze), ale przesadzili w drugą stronę. To, co w oryginale zmusza mózg do aktywności, do kombinowania, do odpowiadania sobie samemu na pewne pytania, tu jest podane z subtelnością menela zaczepiającego kobietę na ulicy tekstem “bzykasz się czy trzeba z tobą chodzić?”. Nawet futurystyczny czołg, który w produkcji z 1995 jest po prostu czołgiem, tutaj jest spider-tankiem! Bo jakoś trzeba wyjaśnić to, że nie wygląda jak współczesne nam maszyny. Żeby czasem  pospolity widz-idiota (zdaniem twórców) nie doznał jakiegoś dysonansu poznawczego. Że-nu-ją-ce.

     A to jeszcze nie wszystko! Tam, gdzie Mamoru Oshii stawia najważniejsze pytania, tam gdzie pokazuje najbardziej sugestywne sceny, tutaj mamy ckliwy, marny i tandetny wątek rodzinno-miłosny. Taki, od którego fanów oryginału rozbolą zęby. Jeśli Ghost in the shell w wersji anime to filozoficzny traktat o naturze człowieczeństwa, to wersja z 2017 zamienia się pod koniec w rozczarowujący dramat z elementami niezamierzonej komedii romantycznej. I nie chodzi tu o tak zwane sranie bursztynem. Nie wymagam od Holiłódu, żeby zrobił wierne przeniesienie na ekran klasyka anime. Chciałbym tylko, żeby poszli w podobną stronę, co Oshii. Niech to będzie coś z zupełnie innym motywem przewodnim, ale niech będzie ambitne, niech zmusza do refleksji, niech prowokuje do myślenia. Niech nie będzie pięknym, ale generycznym filmem akcji z prostą jak budowa cepa fabułą i znaną gębą w roli głównej. Bo tym właśnie jest ten tytuł. Amerykańską, uproszoną, zubożoną wersją oryginału. Niczym więcej. Jeśli to oglądać to tylko dla walorów wizualnych. Niczego więcej tu nie znajdziecie. Niczego więcej tu zwyczajnie nie ma. Poza zaprzepaszczoną szansą na udany transfer z anime do “live action”.

Comments

comments