August Pullman (Jacob Tremblay) to chłopiec z wadą genetyczną. Przeszedł w życiu wiele, jego twarz mimo licznych operacji nadal mocno wyróżnia się w tłumie. Teraz, po latach nauki w domu, czeka go najtrudniejszy egzamin do tej pory – zaczyna naukę w szkole. Czy da radę wytrzymać presję? Jak zareagują rówieśnicy? Jak sobie poradzą rodzice? Na te wszystkie pytania odpowie nam seans z filmem “Cudowny chłopak”.

     Podobały mi się role rodziców Auggiego. Julia Roberts i Owen Wilson mimo niezbyt lotnego scenariusza wyciskają ze swoich postaci maksimum. Próbują je pogłębić i zniuansować. Jacob Tremblay wypadł w tytułowej roli bardzo naturalnie, mimo, że cały czas ukryty jest za maską. Czasem jest to maska w dosłownym znaczeniu, a czasem masywna charakteryzacja deformacji twarzy. Niestety pozostała część obsady wypada średnio (jak siostra Auggiego) lub dramatycznie źle (pozostałe dzieci). Znalezienie dobrych dziecięcych aktorów nigdy nie było łatwe, ale w czasach kiedy mamy dla porównania takie kreacje jak Dafne Keen w “Loganie” czy ekipa ze “Stranger Things”, poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Mali bohaterowie “Cudownego chłopaka” nawet do niej nie doskakują. W kilku scenach miałem wrażenie, że oglądam jakiś niskobudżetowy serial produkowany dla Disney Channel.

     Scenarzyści… mieli bardzo szlachetne zamiary. Film ma ambicje pokazać jak trudno jest być innym, jak trudno wpasować się w otoczenie i zmierzyć z rzeczywistością w sytuacji, kiedy pod jakimś względem (tu: wyglądu zewnętrznego) nie pasujemy do normy. Niestety wyszło tak słodko i nierealistycznie, że… Aż ciężko mi znaleźć porównanie. Wyobraźcie sobie tort bezowy z karmelem, posypką czekoladową, kremem i kostkami cukru (mniam – przyp. DaeL). Słodycz bohaterów jest równie mdląca. Wszyscy mają w sobie dobro, wszyscy zmieniają się na lepsze pod wpływem chwili, każdy w mig rozumie, kiedy źle się zachował, natychmiast przeprasza i staje się aniołem z dnia na dzień. Dla równowagi czarny charakter jest tak bardzo zły, że już bardziej się nie da. A rodziców ma jeszcze gorszych! Może to działa na widzów poniżej dwunastego roku życia i to do nich jest kierowany ten tytuł? Jeśli tak to działa i taki był zamysł twórców, to do ostatecznej oceny można dorzucić ze dwa-trzy oczka. Dla kogoś starszego te uproszczenia, te przemiany ta czarno-biała rzeczywistość będą nie do zniesienia. Może przemawia przeze mnie cynizm, ale prawdziwe życie po prostu tak nie wygląda. Nie jest nawet trochę podobne do tego z filmu.

     Z kolei sam pomysł na konstrukcję fabuły jest całkiem ciekawy. Niby jest to film o Auguście, ale film podzielono na rozdziały i tylko pierwszy ma podtytuł “Auggie”. Reszta w założeniu miała opowiadać o innych postaciach, między innymi o siostrze głównego bohatera, o jej życiu w cieniu brata i jego choroby. Problem w tym, że o ile pomysł na takie opowiedzenie historii jest interesujący, o tyle realizacja leży. Poszczególne segmenty prowadzą narrację z perspektywy innego bohatera ledwie przez trzy minuty, po czym jak gdyby nigdy nic, wracamy do standardowego dramatu obyczajowego o chłopcu ze zdeformowana twarzą. A w 2/3 seansu w ogóle ktoś chyba zapomniał o tej konstrukcji i już do końca pchamy fabułę do przodu w tradycyjny, liniowy sposób.

     Jakby tego było mało, scenariusz zawiązuje kilka pobocznych wątków (relacje córki z matką, przerwana kariera tej drugiej), a potem kończy je mało subtelnym deus ex machina, co jeszcze bardziej podkopuje wiarygodność tak bohaterów jak i wydarzeń. O dialogach najeżonych banałami a’la Paolo Coelho nawet nie wspominam. Powtórzę: może jestem starym cynikiem niewrażliwym na piękno i inne takie, ale jak słyszę kwestie w rodzaju “Sometimes I think my head is so big because it is so full of dreams” albo “It’s not enough to be friendly. You have to be a friend.” to przewracam oczami tak mocno, że widzę wnętrze własnej czaszki.

     Film ma na szczęście pewną zaletę. Jest nią humor. Kilka razy szczerze się uśmiałem, szczególnie w momentach gdy swoje trzy grosze dorzucał Owen Wilson. Dawno już nie widziałem go w tak zabawnej roli. Po prostu gra, a nie robi z siebie głupka. Film ocieka też nawiązaniami do “Gwiezdnych Wojen”, które Auggie uwielbia – to dla mnie zawsze rzecz warta wspomnienia.

     “Cudowny chłopak” zaczyna się obiecująco, ale ostatecznie zawodzi i to mocno. Miała to być opowieść o akceptacji i zmaganiu się z codziennością, a wyszła naiwna bajka. Przesłodzona, banalna i przewidywalna. Dla mnie był to raczej ciężki do wytrzymania seans, ale może jako lekcja poglądowa dla dzieci poniżej 10-12 roku życia film zdaje egzamin…

Comments

comments