W tekście znajdziecie jeden spojler. Ostrzegam, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto jakimś cudem nie wiedział o tym, o czym wiedzieli wszyscy. I popsuł sobie przez spojler zabawę. Spojler dotyczy pojawienia się w filmie postaci, na temat której wytwórnia milczy w materiałach promocyjnych, na plakatach i w zwiastunach. Oczywiście cały świat od dawna wie, że ten ktoś się pojawi, bo można go znaleźć w obsadzie filmu. Ba, plotkowano nawet o sporym problemie z tą personą na pewnym etapie produkcji, ale jeśli jakimś cudem możesz nie wiedzieć o kogo chodzi – nie czytaj dalej.

***

     Na temat burzliwych okoliczności powstawania “Justice League” można by nakręcić osobny film. Bardzo krytykowany za “Batman v Superman” Zack Snyder opuszcza plan po osobistej tragedii. Zastępuje go Joss Whedon, który po przejrzeniu materiału planuje dokręcić sporo materiału. Na szybko i w niesprzyjających okolicznościach. Nie dość, że czasu mało, pojawiają się inne problemy – chociażby to, że Henry Cavil grający Supermana ma… wąsy i przez kontrakt z inną wytwórnią (na produkcję “Mission Impossible 6”) nie może ich zgolić (do tego jeszcze wrócę). Mało? Ben Affleck toczy boje z WB o solowy film z Batmanem. Najpierw ma pisać scenariusz i reżyserować, potem jednak nie, a koniec końców nie wiadomo czy czasem “Liga Sprawiedliwości” to nie jest ostatni film w uniwersum DC z jego udziałem. Przepis na katastrofę? Nie do końca…

     Przede wszystkim widać tu pracę dwóch reżyserów, z których każdy ma charakterystyczny styl. Przez to film tonalnie jest jedną długą sinusoidą. Raz żarty, raz poważnie. W jednej scenie bohaterowie się przekomarzają, a za chwilę są śmiertelnie poważni i sztywni jakby im ktoś kij wsadził w… kręgosłup. Nawet paleta barw nie jest spójna. Kilka scen ma zdecydowanie sznyt Snydera, są ciemne, z wyblakłymi kolorami, by nagle przejść w sceny kręcone za dnia, jasne, nasycone jaskrawym światłem. Kostium Supermana jest tu najlepszym dowodem. Zestawiając go z tym z filmów “Man of Steel” czy “Batman v Superman” zostaniem wręcz porażeni intensywnością barw.

     Bez zbędnego szczypania się: to nie jest dobry film. Fundamenty fabularne są tak słabe, że zrobiło mi się żal twórców w połowie seansu. Takiej biedy w tym aspekcie nie było od… napisałbym, że od dawna, ale to nieprawda. Od mniej więcej roku, czyli od premiery “Suicide Squad”. Zresztą “Liga Sprawiedliwości” to w zasadzie miks “Legionu Samobójców” i “Człowieka ze stali” z najbardziej sztampowym czarnym charakterem, jakiego można sobie wyobrazić. Steppenwolf to wielki, nudny, rogaty potwór/demon z kosmosu, który przybywa na Ziemię by znaleźć trzy ustrojstwa, połączyć je w jedno i zmienić naszą planetę w taką bardziej podobną do jego rodzimej. Brzmi znajomo? Gdzieś już widziałem podobny plan, tylko do przemiany użyto maszyny grającej dubstep (RIP generale Zod). Oczywiście należy tego strasznego Stepującego Wilka powstrzymać i pokonać zastępy jego siepaczy (potworki CGI z “Suicide Squad” w wersji “komar”, z dorobionymi skrzydłami). A dokonać tego może tylko grupka dzielnych bohaterów: Batman, Wonder Woman, Flash, Aquaman i Cyborg. Ale najpierw nasi herosi muszą sobie zaufać i nauczyć się współpracy. Brzmi ekscytująco? No właśnie…

     Nie mogę sobie tego darować, po prostu muszę poświęcić czarnemu charakterowi osobny akapit. Stepowy Wilk to postać tak żenująca, że chyba nawet pijana tancerka hula z “Legionu samobójców” była ciekawsza i bardziej charyzmatyczna. Nasz rogaty potwór pojawia się, gada długo, nie mówi nic ciekawego, macha toporem i znika. Za chwilę znów się pojawia, znów marudzi i znów znika. Aż do durnego finału nie robi i nie mówi nic ciekawego. Wygląda żenująco, to kolejny twór CGI, który sprawia wrażenie, jakby wyjęto go z gry wideo sprzed 10 lat. A najgorsze, że nie stwarza żadnego zagrożenia. Adaptacje komiksów bardzo często traktują czarne charaktery po macoszemu. Ale tu pobito rekord. Stephen Wolf jest tak nijaki, że zaczynam patrzeć na Enchantress czy innego Ultrona naprawdę łaskawszym okiem. Wytwórnia Warner Bros. bardzo chce dogonić Marvela. W kategorii nudnych czarnych charakterów można powiedzieć, że konkurenta przegoniła.

     Również efekty specjalne zaczynają być piętą achillesową produkcji ze stajni WB/DC. Coś zgrzytało już w “BvS”, a od tego czasu jest coraz gorzej. “Suicide Squad” i “Wonder Woman” miały – w porównaniu do produkcji Marvela (którym też zdarzały się wpadki) – bardzo słabe CGI. Nie inaczej jest w “Lidze Sprawiedliwości”. Step’n’wolf to jedno, ale chwilami nawet tła czy eksplozje wyglądają mizernie. No i kurde! Wąsy! Te cholerne wąsy. Ja wiem, że wielu ludzi nawet nie zwróci uwagi, ale mnie to poraziło. Henry Cavil dokręcił kilka scen zapuściwszy wąsy. I potem te wąsy usunięto komputerowo. W postprodukcji. I… to widać. Coś bardzo złego dzieje się w niektórych ujęciach z jego górną wargą. Nie dość, że trochę odstaje kolorem to jeszcze albo nie rusza się wcale podczas mówienia, albo rusza, jakby była zrobiona z galaretki. To jest prawie tak złe i rozpraszające jak Tarkin w “Rogue One”. Swoją drogą – ktoś w konkurencyjnym studiu musi być niezłym trollem. Zamiast użyć sztucznych wąsów kazał konkurencji wydać dziesiątki tysięcy zielonych na wymazywanie zarostu. Żeby jednak nie było samego marudzenia, to wspomnę o paru efektach specjalnych które wyszły nieźle. Sposób poruszania się Flasha i wyładowania, jakie pojawiają się wokół niego, są naprawdę ładnie zrobione i cieszą oko. Podobnie jak podwodne sceny z Aquamanem.

     Narzekam dużo, a przecież napisałem, że to niekoniecznie jest katastrofa. Co więc tu zagrało? Ludzie! Po raz kolejny odwołam się do “Suicide Squad” – tam mizerię scenariusza ratowali Margot Robbie, Will Smith, Amanda Waller i (o dziwo) Jay Courtney. Tutaj robią to Gal Gadot, Jason Momoa, Ray Fisher i Henry Cavil. Wonder Woman wypadła – tradycyjnie już – świetnie. Aquaman to twardziel, luzak i lekkoduch, przypomina gwiazdę rocka z lat osiemdziesiątych. Cyborg ma ciekawą historię i chętnie dowiedziałbym się o nim więcej, a Superman zaczyna przypominać nie obcego z “Człowieka ze stali”, ale bardziej klasycznego “niebieskiego harcerza” w stylu Christophera Reeve’a. Sam nie wiem czy to dobrze, bo ja za tą wersją Supermana nie przepadam, ale przynajmniej jego czerstwe teksty pasowały do idiotycznej, szczątkowej fabuły. Intrygująco zaprezentował się też Ezra Miller jako Flash. Wycofany, aspołeczny, pragnący mieć przyjaciół, ale niepotrafiący się przy nich powstrzymać od żenujących tekstów i od powodowania niezręcznych sytuacji. Z jednej strony to ciekawy pomysł na tę postać, z drugiej – ktoś tu przesadził. Albo sam Miller, albo scenarzyści. Na początku Flash bawi i wywołuje empatię, ale z czasem zaczyna irytować. Ktoś tu nie posłuchał rady Kirka Lazarusa.

     Batman, najlepszy element poprzedniego filmu, tutaj prezentuje się najsłabiej. Nie wiem, czy to problemy produkcyjne, czy problemy osobiste, ale Affleck wygląda tak, jakby grał za karę. Całkiem jak Jennifer Lawrence w “X-Men: Apocalypse”. Wygłasza swoje kwestie albo z przesadną i sztuczną emfazą, albo od niechcenia. Raz jest smutnym, rozgoryczonym Brucem, jakiego poznaliśmy w “BvS”, a za chwilę rzuca dowcipami i one-linerami jak nietoperz z niesławnego “Batman Forever”. W niemal każdej scenie postać brzmi inaczej i w ciągu całego seansu po prostu nie ma w tym żadnej spójności. To chyba ostatni projekt Afflecka w tym uniwersum. Szkoda.

     Pozostałe postaci współgrają jednak bardzo dobrze i tu upatruję nadziei na lepsze jutro dla kolejnych produkcji. Oczywiście jeśli takowe powstaną. Pomimo wspomnianych wad i ich kalibru bawiłem się nie najgorzej! Głównie dzięki chemii między członkami Ligi i dzięki (najlepszej w filmie!) scenie pierwszej konfrontacji Flasha z Supermanem. Napisałbym, że lepiej by było, gdyby WB i DC zaserwowały nam najpierw jakieś ciekawe filmy poświęcone nowym superbohaterom, którzy pojawiają się w filmie, ale nie chcę się już znęcać nad wytwórniami, które przyjęły taką, a nie inną strategię.

     Bo i powszechna krytyka kolejnych filmów osadzonych w uniwersum DC zaczyna przypominać kopanie leżącego. A to z kolei prowadzi producentów do coraz większej desperacji. Widać to nawet w muzyce do filmu. O ile się nie przesłyszałem, w (całkiem niezłą) ścieżkę dźwiękową Dany Elfman wplótł, nie wiadomo po co, klasyczne motywy “Supermana” (tego z Reevem) i “Batmana” (tego z 1989, od Burtona). Ktoś tu chyba zbyt dosłownie zrozumiał pojęcie nostalgicznych nut. Słuchajcie, to te motywy, które znacie i kochacie! Polubcie nas! Ten sam proces myślowy producentów widać przy pierwszym pojawieniu się Wonder Woman. Jest to kompletnie niepotrzebna scena, która niczego nie wnosi i dla całej historii nie ma żadnego znaczenia. Ale hej! Solowy film z Dianą Prince przyjęto dobrze, więc trzeba dać więcej tej bohaterki, nawet jeśli oryginalny scenariusz tego nie przewidział. Nasz klient, nasz pan!

     Nie wiem, czy mogę z czystym sumieniem polecić seans w kinie. Szczególnie, że nadal można iść (drugi, trzeci raz) na “Thor: Ragnarok”. Może seans w tani wtorek? Półdarmową środę czy inny snickersowy czwartek? Nie żałuję poświęconego czasu i jestem szczerze zaskoczony, ile frajdy dała mi, mimo błędów, dziur i niedoróbek, “Liga Sprawiedliwości”. Ale to wynika z moich, może trochę dziwnych, preferencji. Za to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że “Liga Sprawiedliwości” dała mi też nadzieję. Nadzieję na to, że może w końcu coś się w tym uniwersum ruszy w dobrą stronę. Bo w niektórych miejscach widać (bardzo powolny) postęp. Być może któraś z kolejnych produkcji zdoła powtórzyć sukces “Wonder Woman”.

Comments

comments