Wyobraź sobie, że widzisz w telewizji najlepszą reklamę w życiu. Promują czekoladę X. Oglądasz filmik sto razy czując wzruszenie, podniecenie i nadzieję. W końcu dostajesz produkt do ręki. Cudowne opakowanie rozrywasz jednym ruchem. Podziwiasz idealnie równą tabliczkę, delikatnie zarysowane kostki czekolady. W końcu ułamujesz kawałek, bierzesz do ust. To już, za chwilę, smak rozchodzi się w ustach, ale zamiast smakowego orgazmu czujesz… gówno. Nigdy w życiu kału nie jadłeś/aś, ale wiesz, że tak właśnie smakuje gówno. Nie wierzysz, rozpamiętujesz reklamę, oglądasz smakołyk z każdej strony – to musi być to. Znów gryziesz… no nie, no gówno. Zwykłe gówno.

     Tak właśnie czułem się oglądając Interstellar. Film, na który czekałem cały rok okazał się być cieniutką historią, naszpikowaną idiotyzmami wielkimi nawet jak na warunki gatunku. Z jednej strony jestem wkurzony i nie chce mi się pisać, z drugiej muszę to z siebie wyrzucić. Jestem wściekły na Nolana. Zwiastun zapowiadał niesamowitą, kosmiczną epopeję o ratowaniu ludzkości w obliczu zagłady. Technologicznie jesteśmy mistrzami, ale zbuntowana planeta odbiera nam najcenniejsze – jedzenie. Genialny pilot i inżynier – farmer z konieczności – Cooper grany przez Matthew McConaughey’a ma dwoje dzieci i teścia na utrzymaniu. Zupełnie przypadkowo* znajduje w lesie jakiś tajny ośrodek NASA, który prowadzi stary znajomy. I co? I dołącza do ekipy mającej za chwilę lecieć w kosmos, lata świetlne stąd. Misja? Znaleźć tych co polecieli wcześniej szukać planety zdatnej do zamieszkania. Ot tak, wychodzi z lasu i bum, zostaje głównym pilotem. A to dopiero początek…

3

     Dalej jest już tylko głupiej, śmieszniej i bardziej bez sensu. Cała misja mająca na celu ratowanie świata wygląda jak wielka improwizacja. Na nic nie starcza paliwa, wszystkie decyzje podejmowane są ad hoc, żadnych procedur, a w sytuacjach podbramkowych najlepsi naukowcy na świecie planują kierować się… uwaga… miłością i przeczuciem. To jest bowiem najbardziej niedoceniana dziedzina i w ogóle skoro istnieje to na pewno jest ważna. Odleciałem po tych słowach dalej niż bohaterowie filmu. Takich kwiatków słuchamy przez cały seans. Podoba mi się też plan B. Gdyby nie udało się przenieść na nową planetę ludzi z ziemi, na statku leci ileś tam embrionów. W miejscu docelowym rodzeniem dzieci zajmą się surogatki. Szkoda tylko, że nie pokazali ile tych zastępczych rodzicielek ich jest w ładowni (no bo gdzie?) skoro w czteroosobowej załodze jest JEDNA kobieta. Rozumiem, że dr Amelia Brand (śliczna jak zawsze Anne Hathaway) miała w biblijnym stylu co rok rodzić jednego potomka ludzkości. To tylko czubek góry lodowej, szkoda tu miejsca i klawiatury na wymienianie wszystkiego. Aha, odradzam Interstellar ludziom ze śladową ilością wiedzy z fizyki, będziecie wyć do ekranu. Grawitacja, ze wszystkimi swoimi głupotkami, przy filmie Nolana to niemal fabularyzowany dokument.

2

     Jakby tego było mało, pomiędzy patetyczne suchary i dziury fabularne powciskano kilka klasycznych klisz s-f. Tak bardzo klasycznych, że po jednej scenie wiadomo jak się skończy przygoda z jednym z ocalałych po poprzedniej misji. Tej, której członków (i odkrytych przez nich planet) szuka załoga pilota Coopera. Nie wspominałem jeszcze o dwóch pozostałych członkach załogi. Nie bez przyczyny. Są tak bardzo nieistotni, że równie dobrze mógł lecieć w tę podróż pies łajka i jakaś małpa. Tak naprawdę poza McConaughey’em cała reszta bohaterów jest nijaka i do zapomnienia. Może jeszcze córka, w wersji młodej i dorosłej (Mackenzie Foy/Jessica Chastain) całkiem dobrze wypada i odgrywa większą rolę niż na początku można zakładać.

1

     Wkurza mnie to wszystko jeszcze bardziej, bo potencjał był ogromny. Wiele scen w kosmosie, wygląd planet, tunelu czasoprzestrzennego czy czarnej dziury – powalają. Autentycznie zatykało mnie z wrażenia. Podobał mi się moment jak jeden z członków załogi tłumaczy, że ów tunel to raczej sfera, niż dziura jak to sobie zazwyczaj wyobrażamy. Tak samo czarna dziura nie jest, przynajmniej z daleka, tylko czarna. Z fantazją zrobiono tu też światy, które zwiedzamy w poszukiwaniu nowe ziemi. Różnorodne i na swój sposób oryginalne. Mocno kontrastuje z tym wzornictwo i dekoracje. Z jednej strony statki kosmiczne w środku nawiązują do klasyków gatunku i wyglądają jak wnętrza z czasów Apollo 13, z drugiej roboty pomagające załodze – cóż, to wielkie prostopadłościany. Niby potrafią chodzić i rozciągać długie ramiona, ale wygląda to groteskowo. Pewnie dawno temu tak sobie mogliśmy to wyobrażać, ale dziś robotyka to nie jest domena książek s-f. Momentami też niektóre efekty specjalne rażą słabym wykonaniem, ale może to miało być kolejne, niezbyt udane nawiązanie do starej fantastyki. Widać inspiracje Odyseją kosmiczną 2001, ale równie dobrze można przyczepić znaczek od BMW do Golfa i udawać, ze jeździ się limuzyną rodem z Monachium.

5

     Nie chce mi się dalej znęcać nad tym filmidłem. Taki reżyser, taka obsada, budżet, wszystko to miało się udać! To najgorszy produkt Nolana w jego karierze, gorszy nawet niż Dark Knigth Rises, który przecież srogo mnie zawiódł. Wolałbym, żeby został w mojej głowie jako genialny zwiastun, którym dałem się oszukać. Miała być epicka historia o wielkiej wyprawie w kosmos, a wyszło jak w aferze taśmowej. Chuj, dupa i kosmicznych kamieni kupa.

* – NIEZNACZNY SPOJLER potem się okazuje, że jednak nieprzypadkowo, ale wytłumaczenie jest tak kretyńskie, że nawet nie chcę o tym pisać

Comments

comments