Dwóch kumpli przed ślubem jednego z nich jedzie do Kalifornii na męską wycieczkę. Przyszły pan młody to chałturzący aktor w serialach i reklamach, drużba jest niespełnionym pisarzem, marudą i życiową ciamajdą. Podczas wyprawy piją hektolitry wina, rozmawiają o winie i porównują proces tworzenia trunku do życia. Poza tym wplątują się w dziwaczny układ z dwiema kobietami i rozmawiają o życiu, śmierci i o wszystkim innym…

     Leniwa narracja i fabuła praktycznie w całości oparta o dialogi przypomina mi europejskie kino. A jeśli amerykańskie to typowo festiwalowe, coś jak Dróżnik. Niewiele się dzieje ale i tak jest ciekawie. Bohaterowie zmagają się ze swoimi słabościami, marzeniami, pragnieniami i wewnętrznym złem. Dwie godziny na samo gadanie to sporo ale nie nudziłem się. Czasem pojawia się zabawna scena, która rozładowuje napięcie. To plus, bo ogólnie film jest z kategorii ciężkich i raczej dołujących.

sideways1

     Paul Giamatti pozamiatał. Jego postać jest centralnym elementem filmu i ogląda się go z przyjemnością. Największą wadą jest za to aktor w roli szykującego się do ożenku Jacka. Thomas Haden Church stara się jak może ale nie był w stanie uciec przed swoją historią. Facet grał przez wiele lat mechanika-debila w serialu komediowym Skrzydła. Nie potrafię na serio brać jego gry aktorskiej w takich tytułach jak Bezdroża. Że da się uciec od takiego zaszufladkowania pokazał John Litgow. Najpierw pajacowanie w Trzeciej planecie od słońca, a potem genialna i przerażająca rola w Dexterze. Thomas nie dał rady. Ciągle widziałem w nim przygłupiego Lowella. Na drugim planie nieźle prezentuje się Virginia Madsen, ciekawie wypada Sandra Oh ale z nią zawsze mam problem, bo jest tak potwornie nieatrakcyjna, że brak mi słów.

     Polecam zobaczyć Bezdroża każdemu, kto lubi wino, kto swoje przeżył i kto nie ma problemu z oglądaniem ludzi, do których ciężko czuć coś poza odrazą albo litością.

Comments

comments