Dziś opowiem wam o Marianie Hydrauliku. To taki gość, który wraz z konsolą Nintendo Switch pojawił się nagle w moim życiu i na dzień dobry zaczął ostro walczyć o każdą minutę mojego wolnego czasu. Z sukcesami.

     Nigdy nie byłem fanem, ani tym bardziej “fanbojem” Nintendo. Jak wielu w latach 90-tych grałem w Super Mario Bros. i inne tytuły na Pegasusach (podróbkach NESa, a w zasadzie jego japońskiego pierwowzoru, czyli Famicoma), ale nigdy nie zakochałem się na zabój. Ale zawsze miałem dla tej firmy szacunek za to, że przeciera nowe szlaki. Nie bierze udziału w nieustającym sprzętowym wyścigu zbrojeń. Wręcz przeciwnie, idzie pod prąd i szuka alternatyw dla fotorealistycznej grafiki i bazyliona FPSów.

     Nawet ktoś, kto nie jest fanem Nintendo wie czego się (mniej więcej) po grze spodziewać. Oto Bowser (znów) porwał księżniczkę Peach, a Mario (znów) rusza na ratunek. Towarzyszyć mu będzie Cappy – duszek-czapka, który potrafi nie tylko zmieniać się w kilkanaście różnych nakryć głowy, ale także zbierać monety, “przejmować” różne stworzenia czy wydłużać skoki hydraulika (umożliwiając mu dostęp do trudnych miejsc). Dwaj kompani będą musieli podróżować przez kilka królestw, aby wypełnić swoją misję i uratować ukochaną Mariana. Aby tego dokonać w każdym świecie należy zebrać odpowiednią ilość “power moons” aby zasilić tytułowy Odyssey – podniebny pojazd w kształcie wielkiego, czerwonego kapelusza.

     Kiedy nabyłem Switcha, bałem się, że po godzinie znudzi mi się bieganie i skakanie, i będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Nic bardziej mylnego. Super Mario Odyssey to grywalność w najczystszej postaci. Chce się grać, chce się gonić Bowsera, wciąż chce się zdobywać więcej “power moons”, choćby po to, żeby dowiedzieć się co mnie czeka w kolejnym królestwie. Tym bardziej, że każde królestwo szykuje dla nas masę niespodzianek. Różni je wygląd, zasady fizyki, sekrety i mieszkańcy. W każdym królestwie zdobędziemy też nowe stroje (będące przepustką do kilku miejsc). Rozgrywka jest szalenie zróżnicowana. Sam wachlarz ruchów Mariana powala, a dochodzi do tego wykorzystanie stworzeń przejmowanych za pomocą Cappy’ego. Raz można przejąć wielkiego T-Rexa i rozwalić skały dokoła, innym razem wcielić się w ptaka, który wbija dziób w ścianę i używa go w charakterze sprężyny/dźwigni, żeby dolecieć wyżej. Praktycznie do samego końca wątku fabularnego (ale i po jego finale) co rusz można trafić na jakiś nowy i oryginalny pomysł. Dzięki temu zabawa w odkrywcę trwa praktycznie bez przerwy. Jakby tego było mało, to pobawimy się nawet na poziomach 2D, żywcem wyjętych z klasycznego Super Mario Bros.

     Czasem mam tak, że widzę jakiś “power moon” i nie mam pojęcia jak go zdobyć. Kiedy po 10 minutach kombinacji w końcu wpadam na rozwiązanie – satysfakcja jest nie do opisania. Przy okazji ciężko utknąć gdzieś na dłużej. Poziom trudności jest wyważony doskonale. Główny wątek niedzielny gracz przejdzie z marszu, ale już niektóre mini-poziomy zręcznościowe mogą przyprawić o ból głowy (i palców) nawet weteranów takiej zabawy. Dzięki temu Mario Odyssey to gra dla wszystkich.

     Tak jak każde królestwo jest graficznie zaprojektowane w swoim niepowtarzalnym stylu, tak posiada również własny, charakterystyczny motyw muzyczny. I niemal wszystkie zapadają w pamięć tworząc niepowtarzalną mieszankę. Kiedy zacząłem gmerać przy dodatkowych utworach, które samemu można wybrać – przeszkadzało mi po chwili to, że w danym świecie nie leci muzyka do niego przypisana. Pod tym kątem gra jest dopieszczona jak mało która.

     Czy jest to zatem produkcja idealna? Nie do końca. Jeśli miałbym szukać wad to na pewno w okazjonalnych walkach z bossami. Większość z nich jest zrobiona na jedno kopyto i po drugiej czy trzeciej z kolei nie miałem ochoty na kolejne. Był to raczej konieczny obowiązek do spełnienia, żeby móc przeskoczyć do kolejnych atrakcji. Czasem zawodzi też sterowanie. Gra uczy, że wciśnięcie dwóch konkretnych przycisków powinno dać taki, a nie inny ruch Mario. Raz działa to bez problemu, a raz należy jeden z guzik wciskać z lekkim opóźnieniem, bo inaczej Marian robi coś zupełnie nieoczekiwanego. Na minus zaliczyłbym także brak “checkpointów” w połowie co dłuższych i trudniejszych sekwencji zręcznościowych. To ostatnie to być może nie tyle wada gry, co mój brak “skilla”.

     W kilku trudniejszych do przejścia miejscach nie pomaga też swobodna kamera, po prostu ciężko złapać odpowiedni kąt przy szybkich ruchach na boki i nie wiadomo gdzie tak naprawdę Mario wyląduje po skoku. To zresztą bolączka większości platformówek 3D. Ostatni, ale ważny minus to powtarzanie kilku czynności przed jakimś wyzwaniem. Na przykład walka z bossem. Trudna, wymagająca, ale przed starciem musimy gdzieś przeskoczyć, wdrapać się, dobiec, znów w górę, itd… Jak zginiemy podczas potyczki – nie zaczyna się ona od spotkania niemilca, o nie. Znów musimy powtórzyć cały ciąg zręcznościowy i dopiero wracamy do pojedynku. Bardzo irytujące! Ostatnia rzecz, o której czuję się w obowiązku wspomnieć to brak polskiej wersji językowej, choćby kinowej. Wiele tekstu tu nie ma, dialogów jak na lekarstwo, ale miło by było mieć ojczysty język w opcjach.

     A jednak, pomimo wspomnianych problemów, nie zawiodłem się ani trochę. Zakładałem, że gra może mi się nie spodobać, bo ostatnio sięgałem raczej po produkcje z rozwiniętą fabułą (“Horizon Zero Dawn”, “ME:Andromeda”, “Wiedźmin 3”) albo w takie, gdzie istotą jest rywalizacja multiplayer (“World of Tanks”). Super Mario Odyssey nie ma ani jednego, ani drugiego. Ma za to niezmierzone pokłady grywalności, zabawy i daje poczucie wizyty na gigantycznym placu zabaw. 9 mln kopii (w dwa miesiące!!!) i kosmiczna średnia na metacritic (97/100 w 113 recenzjach, 8,9/10 wśród niecałych 3 tys. graczy) nie wzięły się znikąd. Gorąco polecam!

P.S. W tym tygodniu pojawiło się DLC “Baloon World”- zupełnie za darmo!

Comments

comments