Kenneth Branagh w fotelu reżysera i w roli głównej, obsada naszpikowana gwiazdami, klasyczny kryminał jako podstawa scenariusza, pomysłowy operator i pokaźny budżet – ten film miał wszystko. Ale skoro miało być tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

     Hercules Poirot (wspomniany Kenneth Branagh) po rozwiązaniu kolejnej detektywistycznej zagadki planuje wakacje. Zbiegiem okoliczności spędza je w pociągu “Orient Express” na zaproszenie swojego druha, kierownika składu, pana Bouca (Tom Bateman). Współpasażerowie to mieszanka ciekawych indywiduów, od wyniosłej księżnej przez inżyniera antysemitę po obleśnego gangstera z obstawą. Pewnej nocy dochodzi do morderstwa i chcąc nie chcąc (prawdopodobnie) najlepszy detektyw świata zamiast wypoczywać, musi zmierzyć się z kolejną zagadką.

     Reżyser nie potrafił zdecydować się na jeden konkretny ton filmu, na jeden kierunek prowadzenia akcji. Zaczynamy dowcipkowaniem i atmosferą jak w filmie nadawanym w paśmie familijnym, potem jesteśmy rzuceni w wir kina przygodowego, by znów po chwili przenieść się do klasycznego kryminału z zagadką “kto zabił, kto kłamie i dlaczego?”. Za dużo? Ha! Na koniec robi się jeszcze mroczniej, bardziej ponuro, a w finale dostajemy tanie, toporne i podane bez grama finezji moralizatorstwo.

     Mimo elektryzujących nazwisk (Depp, Pfeiffer, Dafoe, Dench, Ridley, Cruz) nie ma tu ciekawych postaci. Każdy gra tak, jakby dostał scenariusz innego filmu. Jedni są teatralni aż do przesady (Ridley, Cruz), inni powściągliwi i nieobecni, jakby myśleli tylko o tym, żeby spieniężyć czek i uciec z planu do przyjemniejszych zajęć (Depp, Dafoe). Nawet sam Poirot nie jest zbyt konsekwentnie zbudowany. Jego słynną obsesję na punkcie perfekcji widzimy tylko na początku i na końcu seansu. Poza tym jakby nie istniała. Brakowało mi w tym wszystkim luzu, jakiegoś dystansu, ironii, której przecież nie brak w literackim pierwowzorze. Mam wrażenie, że książka z 1934 roku jest bardziej współczesna niż film z 2017…

     Narzekanie narzekaniem, ale dwie kobiety wybiły się na pierwszy plan. Mimo, że nie spędzają zbyt wiele czasu na ekranie – wykorzystują go perfekcyjnie. Ich postacie wydają się być jedynymi z krwi i kości. Mowa o Caroline Hubbard i księżnej Dragomiroff czyli o Michelle Pfeiffer i Judi Dench. Na osobne słowa uznania zasłużył też Tom Bateman jako Bouc – kierownik pociągu. Świetnie sportretowany obibok, bawidamek, panikarz i gorący zwolennik nepotyzmu.

Operator musiał czuć, że sprawy zmierzają w złym kierunku i robił co mógł, żeby chociaż zdjęcia wyglądały imponująco. Udało się, bo praca kamery naprawdę robi wrażenie. Jedno długie ujęcie na dworcu, niestandardowe kadry wewnątrz pociągu (np. łapane z sufitu przedziału) – jeśli cokolwiek urzekło mnie w “Morderstwie…” to własnie cuda wyczyniane przez ekipę od kręcenia. Podobnie z zespołami odpowiedzialnymi za kostiumy i scenografię – w tych aspektach nie można się do niczego przyczepić. Poza jedną sceną – ale to też był zapewne pomysł reżysera. Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni po co w końcówce było ujęcie stylizowane na “Ostatnią Wieczerzę” Leonarda. Ładne owszem, ale jaki był zamysł? Co to miało symbolizować?

     Kenneth Branagh stworzył film doskonale nijaki. Poza wymienionymi zaletami technicznymi i dwiema-trzema ciekawszymi kreacjami aktorskimi, wszystko inne jest słabe albo średnie i do zapomnienia. Pomijam już fakt, że nie pokuszono się o dostosowanie scenariusza do wymogów dzisiejszego kina (wiem, to adaptacja książki, ale nawet w oryginale rozwiązanie zagadki nie ma zbyt wiele sensu). Jeśli lubicie kryminały, obejrzyjcie raczej “Gosford Park” z 2001 roku albo “Morderstwo w Orient Expressie” z 1974. Obydwie pozycje nieporównywalnie bardziej zasługują na wasz czas niż zeszłoroczna produkcja Kennetha Branagh.

Comments

comments