“Lego Ninjago: Film” opowiada o chłopcu imieniem Lloyd, który mieszka sobie w malowniczym miasteczku Ninjago. Co jakiś czas lokalną społeczność napada Garmadon. Wielki, zły i okrutny lord, prywatnie… ojciec Lloyda. Przynajmniej genetycznie, bo w praktyce zostawił syna i jego matkę dawno temu. Jedyną siłą, która mu się przeciwstawia są wojownicy ninja, których przywódcą jest… tak właśnie, wspominany Lloyd. Jak zakończy się kolejne starcie? Jaką rolę odegra czynnik rodzinny?

     To są pytania, na które odpowie film. Kwestią otwartą pozostaje czy warto poznać te odpowiedzi. “Lego Ninjago: Film” to chaos w czystej postaci. Przede wszystkim na ekranie, bo mimo ładnej oprawy, ilekroć akcja przyśpiesza, ciężko nam zrozumieć co się dzieje. Obrazki migają, klocki fruwają, cięcia nadają niemal stroboskopowe tempo i widz po prostu gubi się w tym wszystkim raz po raz. Apogeum tego chaosu doświadczamy gdy mowa jest o “ultimate ultimate weapon”. W założeniu scena miała być zabawna, w praktyce jest prostą drogą do ataku epilepsji.

     Chaos obecny jest również w scenariuszu. Historia opowiedziana w filmie jest traktowana po macoszemu. Jej istnienie wydaje się być tylko pretekstem dla żartów. Bardzo nieśmiesznych żartów. I chyba wiem dlaczego. Otóż lista twórców jest imponująca. Aż za bardzo. Za scenariusz odpowiadają: Bob Logan, Paul Fisher, William Wheeler, Tom Wheeler, Jared Stern, John Whittington, a za reżyserię: Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan. Sześciu scenarzystów, trzech reżyserów. “Gdzie kucharek scenarzystów sześć…”. Co więcej, zaczynam odnosić wrażenie, że podczas prac nad filmem panował jakiś dziwny podział obowiązków. Jedna osoba była odpowiedzialna za sceny akcji, druga za żarty, trzecia za szkielet historii, czwarta za bohaterów i tak dalej. Wszystko na koniec poklejono na ślinę i trochę taśmy, więc wyszedł z tego miszmasz bez ładu i składu. Humor nie śmieszy, fabuła jest niespójna i nie niesie ze sobą żadnego morału. Czyli ani to dla dzieci, ani dla dorosłych. Nie wiem w jakie audytorium celowali autorzy.

     Skoro to już trzecia produkcja z duńskimi klockami w tytule, nie można uciec od porównań. A te są dla Ninjago miażdżące. “Lego Batman: Film” i “Lego Przygoda” (Czemu nie “Lego Przygoda: Film”? Jak robić coś głupio to na całego!) są o wiele, wiele lepsze. Samo stawianie ich obok przygód Lloyda to nieporozumienie i świętokradztwo. W nowym filmie nie ma niczego, co warto by polecić. Film zawodzi na każdym froncie. Ta produkcja jest wszystkim tym czego bałem się siadając do oglądania “Lego Przygody” – nudną, bezpłciową reklamą zabawek. Jeśli lubicie dwie poprzednie odsłony, trzymajcie się od Ninjago z daleka. Jeśli nie lubicie… to w sumie też omijajcie film szerokim łukiem.

Comments

comments