Pierwszy film, z którym kojarzy mi się Zjawa to Boyhood. Nie jest to najszczęśliwsze skojarzenie, ale ma solidne podstawy. Otóż niemal w każdej notce o najnowszym filmie Inárritu jest wzmianka o tym, że kręcili wszystko używając wyłącznie naturalnego światła. Na tej samej zasadzie, wszędzie gdzie widniały informacje o Boyhood było zaznaczane kilka razy, że całość tworzono przez 12 lat. To miło, że wciąż są pomysły na urozmaicenie sztuki filmowej, ale nawet najbardziej szalony sposób wytwarzania obrazu nie zapewnia doskonałego efektu końcowego. To jeden z tych przypadków.

r4

     Film opowiada historię najbardziej pechowego człowieka na ziemi. Faceta imieniem Hugh, nazwiskiem Glass, którego ksywą powinno być “pan-z-deszczu-pod-rynnę” albo “pan-stłuczone-lustro”. Gość jest traperem. Miał żonę autochtonkę, którą zabito. Ma syna półkrwi indiańskiej- Hawka – którego poparzono i prawie zabito. Kiedy napadają na nich i cały kontyngent łowców skór (nie mylić z łódzkim pogotowiem) weseli Indianie szukający powagi (tzn. Powaqi, córki wodza) ledwie uchodzą z życiem. Fitzgerald (Tom Hardy), kolega po fachu, najbardziej zły ze złych, mający stare zatargi z lokalnymi (w przeszłości próbowali go oskalpować) wciąż nastaje na życie Glassów, grozi im i wymachuje w ich kierunku ostrymi przedmiotami. Potem idzie już z górki. Hugh podczas spaceru zostaje zaatakowany przez niedźwiedzicę, dramatycznie poraniony, a po próbie dostarczenia go do domu wbrew rozsądkowi – zostaje porzucony na pastwę losu. Niemal pogrzebany żywcem. A to ledwie początek filmu, to ledwie początek problemów, bo potem nasz główny bohater, próbując przeżyć, pakuje się z wielkich kłopotów w jeszcze większe. Niestety, mniej więcej w połowie seansu przestał mnie obchodzić jego los. Posmutniałem jeszcze bardziej, kiedy doczytałem, że z prawdziwej historii wzięto jakieś pięć procent, a reszta to radosna wyobraźnia twórców. Nieładnie jak na film chwalący się hasłem “based on the true events”.

r3

     Okazuje się bowiem, że Zjawa to nie film. To dwuipółgodzinny popis dwóch panów. Reżysera i operatora kamery. Inárritu i Lubezki traktują historię po macoszemu, coś się tam dzieje, ale to nieważne. “Patrzcie co potrafimy zrobić używając tylko kamery i światła dziennego!” A potrafią dosłownie wszystko. To trzeba im oddać. Revenant to audiowizualny majstersztyk. Wiele ujęć nie tylko wygląda doskonale, ale pobudza głowę do zadawania pytań: jak oni to do cholery zrobili? Te sceny są doskonałe w realizacji i dosłownie zapierają dech w piersiach. I nie myślę tu wcale o walce z niedźwiedziem (która, nota bene, jest genialna). Są momenty gdzie nie dzieje się nic, albo dzieje nie wiele, a zachwyt dosłownie wciska w fotel. Problem w tym, że w kilku innych miejscach doszło do dosłownego przerostu formy nad treścią. Na przykład początkowa bitwa z autochtonami. Raz wygląda na brutalne starcie dwóch sił, a za chwilę wszystko wygląda jakoś dziwacznie i groteskowo. Jak zabawa ekipy rekonstrukcyjnej. To samo z CGI. Zapewne niedźwiedź jest zrobiony komputerowo i to jest nowy, nieosiągalny dotąd, poziom efektów specjalnych, ale dalej nasz bohater napotka stado bizonów i jednego osobnika zaatakowanego przez wilki. Ta scena jest tak słabo zrealizowana, że wygląda jak (d)efekt specjalny z lat 90tych. Z minusów dorzucam coś, czego nie jestem pewien czy mi się nie przywidziało. Ze dwa-trzy razy to co słychać kompletnie nie synchronizuje się z ruchem ust. Za każdym razem tak się dzieje kiedy przemawia jakiś Indianin. Nie wiem czy to umyślny zabieg czy jakiś niewychwycony (jakim cudem?) babol.

r5

     Aktorzy są i coś tam grają. Leonardo DiCaprio dwoi się i troi, żeby wygrać Oscara, ale jego rola to w 75% odtwarzanie słynnej sceny z Wilka z Wall Street kiedy czołgał się do Lamborghini. Tom Hardy jest nieziemsko dobry, ale co z tego skoro jego postać jest tak jednowymiarowa, zła i płytka? Mimo to zrobił na mnie ogromne wrażenie. W ogóle nie wyglądaj jak aktor wcielający się w postać tylko jak śmierdzący, chamski traper. Jeśli Stallone nie wygra za drugoplanową męską, to statuetkę zgarnie Hardy. Nie mam wątpliwości. Na koniec plus jeszcze dla Domhnalla Gleesona. Zjawa, po Ex Machinie to kolejny dowód na to, że gość ma talent. Szkoda, że tak fatalnie pokierowali go w Gwiezdnych Wojnach. Wracając do DiCaprio – życzę mu Oscara i zasłużył już dawno. Może dostanie w tym roku. Podzieli tym samym los Scorsese, który mimo, że zrobił kilka genialnych filmów, nagrodę dostał za (bardzo dobry) remake. W dodatku słabszy od oryginału. Leonardo tak samo. Zagrał kilka lepszych ról niż ta, ale co zrobić… Podkreślam jeszcze raz – widać jak bardzo się stara i jak wiele fizycznie kosztuje go ta rola, ale to bardziej budzi skojarzenie z Natalie Portman (Czarny łabędź, cały film z jedną miną, ALE BALET ĆWICZYŁA ROK CZASU!!! OSCAR SIĘ NALEŻY) niż nie wiem, z kreacjami np. Daniela Day-Lewisa.

r6

    Inárritu i Lubezki przedobrzyli. Pokazali kunszt, klasę i rzemiosło, ale zapomnieli, że robią film, a nie demo swoich umiejętności. To oni są gwiazdami filmu, w którym rewelacyjni aktorzy, robiący wszystko co mogą w ramach ich postaci i tak są na drugim planie. W sumie to jest pomysł. Tak Hardy jak i DiCaprio powinni być nominowani za drugi plan, bo na pierwszym jest reżyser z operatorem. Zjawa to ciekawe, hm… przeżycie. Szczególnie polecam w kinie. Zdjęcia zapadną w pamięć na bardzo długo. Niestety poza genialną formą zabrakło więcej filmowej esencji, emocji i historii, która wciąga, ale nie razi banałem. Klasyczny przerost formy nad treścią.

Comments

comments