Na początek wrzutka na tłumacza, nigdy nie marnuję okazji. Tylko tym razem nie wiem czy zwyczajowo ganić za tłumaczenie dalekie od dosłownego czy bronić przed tłumem purystów z pochodniami. Z jednej strony “Czarna msza” byłaby najwierniejszym tłumaczeniem z drugiej – brzmi jak tytuł badziewnego horroru klasy C, a nie produkcji o gangsterach. Mam mieszane uczucia… Właśnie, mieszane uczucia, to najlepsze podsumowanie tego co myślę o filmie.

     Black Mass przybliża prawdziwą i wcale nie tak odległą historię Jimmy’ego “Whiteya” Bulgera. Bostońskiego gangstera, który w 1975 dzięki umowie z FBI (dostarczy dowody na włoską mafię) wypłynął na szerokie wody przestępczej działalności. Pod koniec lat osiemdziesiątych rządził już każdym możliwym bezprawnym procederem w mieście, żeby potem stać się najbardziej poszukiwanym przestępcą w USA.

bm2

     Johnny Depp przypomniał wszystkim, że potrafi grać coś innego niż Jack Sparrow czy dziwadła u Tima Burtona. Jimmy w jego wydaniu to morderca, sadysta, manipulator, obleśny potwór, ale także ojciec, rozsądny biznesmen i charyzmatyczny szef gangu. Najlepsza rola Deppa od bardzo, bardzo dawna. W wielu scenach nie robi nic wielkiego poza gadaniem, a i tak nieprzyjemne ciarki włażą na plecy. Pozostali aktorzy również nie odstają poziomem od Johnny’ego: Joel Edgerton, Kevin Bacon, Benedict Cumberbatch, Dakota Johnson i Jesse Plemons. Wszyscy spisali się rewelacyjnie. Problemy są jednak dwa. Johnson zagrała mało i jej postać została potraktowana bardzo po macoszemu, a szkoda. Plemons natomiast niezależnie co by robił – zawsze będzie dla mnie Toddem (aka Meth Damon) z Breaking Bad.

     Boston z lat 70tych i 80tych wygląda świetnie i klimatycznie. Stroje, muzyka i zdjęcia pozwalają wsiąknąć w atmosferę tamtego okresu. Krajobrazy nie są doskonałe (brud, smród i podejrzane zaułki) i stanowią dobre tło do kilku-kilkunastu naprawdę mocnych scen z udziałem oprychów Jimmy’ego Bulgera.

bm3

     Mimo wielu zalet film ma według mnie dwie poważne wady. Pierwsza wada to problem wizualny. Wielu aktorów ma przesadzoną, przekombinowaną charakteryzację. Powiększone nosy, uwydatnione policzki czy nienaturalne rysy – tego typu dodatki. Momentami ociera się to o śmieszność i mocno przeszkadza w odbiorze. Nie wiem jaki był oryginalny zamysł, ale nie wypaliło. Twarze wyglądają nienaturalnie. Złota zasada mówi, że jeśli widzisz, że coś jest efektem specjalnym to znaczy, że coś poszło nie tak. Oglądając Black Mass miałem to zdanie w głowie przez cały seans. Jeszcze postać graną przez Deppa przeżyłbym jako próbę wiernego oddania pierwowzoru, ale reszta? Plemons wygląda jak Pan Kartofel.  Jeśli ktoś nadal nie wiem o czym mówię – polecam teledysk Genesis do utworu Land of Confusion z 1986 – tak momentami wyglądają postacie w Black Mass.

bm4

     Drugi problem to scenariusz. Uważam, że ta historia ma dużo większy potencjał niż dane mi było zobaczyć. Poucinane wątki poboczne, chaos i brak spójności to główne bolączki. Ot, chociażby motyw żony/partnerki Jimmy’ego. Jej postać wydaje się ciekawa, zaczyna się rozwijać i nagle ciach, nie ma jej. I już nie będzie. Kilka podobnych motywów potraktowanych jest w ten sam sposób. Tak jakby ktoś miał listę ważnych wydarzeń w życiu gangstera i po prostu je odhaczał, nie próbując zbudować spójnej opowieści zawierającej te wątki.

     Pakt z diabłem warto zobaczyć choćby po to, żeby przypomnieć sobie, że Depp to świetny aktor. Polecam seans także tym, którzy tęsknią za starym stylem kręcenia filmów o gangsterach. Tylko nie windujcie oczekiwań do poziomu Infiltracji, Gorączki czy Goodfellas, a będziecie zadowoleni. Trochę żal niewykorzystanego potencjału.

Comments

comments