W trakcie filmu pada autoironiczne hasło w stylu: “dziś robimy modyfikacje genetyczne, bo same dinozaury to za mało, dinozaury kręciły ludzi 20 lat temu”. To ma być wytłumaczenie dla hodowania w laboratorium tuningowanych wersji wielkich drapieżników. Z jednej strony to smutne podsumowanie dzisiejszego społeczeństwa – przy obecnym tempie życia, każda sensacja żyje sekundę (ktoś pamięta “jestem hardkorem” albo “jożina z bazin”?). Z drugiej to stuprocentowe podsumowanie samego Jurassic World.

jw2

Starlord jest tak męski, że bardziej się nie da, dlatego w jego obecności Valociraptor zdaje się mówić: best day ever!

     Po wydarzeniach z oryginału nie ma prawie śladu. Park rozrywki z dinozaurami działa w najlepsze. Właścicielem jest ekscentryczny Hindus, a zarządcą/dyrektorem bliźniaczka Jessici Chastain. Po parku kręci się i tresuje Velociraptory – ociekający zajebistością i testosteronem były żołnierz – Starlord. Jemu natomiast przez ramię zagląda obleśny grubas, który kręci na boku interesy z militarną korporacją. Żeby podtrzymać zainteresowanie jurajskim przybytkiem, w lokalnym laboratorium tworzy się nowe gatunki dinusiów. Jeden z nich okazuje się ciut mądrzejszy i bardziej brutalny. Kiedy zerwie się ze smyczy, zupełnym przypadkiem w okolicy kręcą się jeszcze dwaj siostrzeńcy Pani Dyrektor…

     Z fabuły dowiadujemy się naukowcy biorą T-Rexa i dorzucają mu genetycznych bajerów tworząc przekombinowaną (i bezsensowną) hybrydę “wszystko z wszystkim plus zęby i kły”. Podobnie zrobił reżyser Colin Trevorrow. Wziął kultowy Jurassic Park, zaczerpnął z niego wiele (w tym przypadku wiele = prawie wszystko) i dorzucił tonę bajerów i kolorowych atrakcji, żeby przystosować finałowy produkt do wymagań dzisiejszego widza. No bo nie oszukujmy się, komu dziś w kinie wystarczy, jak w 1993 roku, ożywienie prehistorycznych gadów?

jw3

Cool Indominus Rexes don’t look at explosions!

     Smutne to trochę. W filmie, który nawiązuje w tylu momentach do swojego wielkiego poprzednika (sequele pomijam) tak naprawdę nie ma za wiele dinozaurów. Zabrakło mi scen takich jak słynny pierwszy przejazd przez park w oryginale. Gdzie widać różnorodność i ilość gadów zamieszkujących wyspę. Z drugiej strony może ja już nie jestem grupą docelową? Dlaczego w takim razie najlepsze sceny to te nawiązujące bezpośrednio do Jurassic Park?

jw4

Słabsza wersja Jessici Chastain

     Najgorszym elementem są tu postacie. Płaskie jak niemieckie autostrady. Samiec alfa, dama w potrzebie, bezbronne ale sprytne dzieciaki, czarny charakter, biznesmen naiwniak, trochę filantrop. Wszystkie interakcje między nimi to bezpłciowe recytowanie kwestii ze scenariusza. Ani przez chwilę nie obchodziło mnie kto zginie, a kto nie. Chociaż fabuła jest tak “zaskakująca”, że i tak wszystko wiadomo. Jedyna postać, którą polubiłem to pracownik parku, Lowery. Zagrany przez Jake’a Johnsona (Nick Miller z serialu New Girl) nosi genialną koszulkę i mimo, że pojawia się rzadko, tylko on wydał się być człowiekiem z krwi i kości, a nie kawałkiem papieru wyciętym z filmowego plakatu.

jw5

Nick Miller daje radę nawet bez Jessici Day (New girl)

     Sporo narzekałem, ale dam siedem. Bo w kinie bawiłem się dobrze. Nie nudziłem się. Dlatego właśnie w tytule widnieje słowo na p. Jurassic World to nie jest film, to produkt. Ładnie zapakowany i sprzedawany w promocji. Spece od marketingu zrobili badania co się sprzedaje, czego widownia oczekuje, zatrudniono gwiazdy na topie i uruchomiono kamery. Gdyby w ankietach wyszło, że ludzie czekają na T-Reca strzelającego laserami z oczu, prawdopodobnie i to znalazłoby się w filmie. Z jednej strony to wada, z drugiej – doceniam pracę Colina Trevorrowa. Jeśli reżyser w ogóle nie czuje magii oryginału, to wychodzą takie potworki jak nowy Robocop. Jurassic World na szczęście kopiuje Jurrasic Park z jakim-takim wyczuciem i pozwala na czerpanie przyjemności z seansu.

Comments

comments