Znów dałem się nabrać na pozytywne recenzje. Znajomych, w Polityce, na forum fsgk.pl. Poszedłem (ponoć) na ‘super film’, ‘zabójcę Matrixa’, ‘movie that will blow my mind’ itp. Dostałem wysokobudżetową, ambitną ekranizację matematycznej rekurencji rodem ze snu szalonego programisty-teoretyka. Pseudo gadki, pseudo uczucia, pseudo dramatyczne sceny.

inception-original

     Di Caprio świetny, Cottliard tak samo ale już np. panna Page znów gra tak samo w kolejnym filmie. Babski Keanu Reeves normalnie. Cała fabuła leci po łebkach i wszystko dzieje się za szybko i za gęsto. Sceny momentami fajne ale kiedy indziej żenujące (strzelaniny “zimowe” to był szczyt żenady). Wszystko okraszone niby filozoficznym sosem z niedomówieniami ale tak naprawdę zupełnie bez sensu. Na zasadzie jak nie dopowiemy połowy rzeczy to będzie “cool” i tajemniczo, taki syndrom Lost. Chyba ze dwa razy z nudów sprawdzałem która godzina czekając aż w końcu coś mnie w tym filmie zachwyci. Dotrwałem w tej nadziei do ostatniej minuty licząc, że chociaż finał mnie pozamiata.

     Niestety ten okazał się płytki, banalny i typowo “hamerykański”. W każdym razie, do kina można iść dla świetnych scen z kreowaniem snów ale jeśli nie jesteś fanem oszałamiających efektów specjalnych to można sobie zupełnie odpuścić i poczekać na DVD czy cokolwiek. Jeszcze dorzucę do całości muzykę, która jest chyba kopiuj-wklej z Mrocznego Rycerza momentami i nawet jeśli melodie bywają inne to jako żywo przypominają schematy z Dark Knighta. Pewnie to kwestia nastawienia i oczekiwań ale przyznaję, że bardzo się zawiodłem. Ocena oczko wyższa, bo DiCaprio znów dał radę.

Comments

comments