Na wstępie chciałbym pozdrowić polskiego dystrybutora klasycznymi trzema słowami do ojca prowadzącego. Wypuszczenie “Jumanji: Przygoda w dżungli” do kin w naszym kraju wyłącznie w wersji z dubbingiem to zbrodnia przeciw kinematografii. Wiem, że są zwolennicy tej formy i nie zamierzam tu nikogo oskarżać o złą wolę, ale do diaska! Dajcie nam wybór! Niech będzie chociaż jedna kopia na średnie/duże miasto bez tego cholernego polskiego podkładu. Kiedy chcę obejrzeć w akcji amerykańskich aktorów to w pełnej krasie, a nie w zubożonej wersji, bez ich własnego głosu, za to z językowymi popisami Krzysztofa Banaszyka. Z całym szacunkiem dla jego starań. Przecież odpowiedni akcent, tembr, i tak dalej, to jest ogromna składowa warsztatu aktorskiego. Odbieranie widzom możliwości obcowania z pełnoprawnym produktem to skandal. To trochę jakby płyty Iron Maiden wydawano tylko w formie coverów robionych przez jakąś znaną polską kapelę. Na pewno fani Bruce’a Dickinsona ucieszyliby się gdyby “Fear of the dark” (czy może “Strach przed ciemnością”) zaśpiewał im Szymon Wydra. Tyle tytułem wstępu. Choć kwestia dubbingu to w zasadzie temat na osobny tekst.

     Na szczęście to (prawie) koniec mojego narzekania. Śpieszę wam bowiem donieść, że nowe “Jumanji” jest naprawdę dobre! Owszem – tak jak się można było spodziewać – jest to skok na kasę z wykorzystaniem nostalgii i znanej marki, ale ewidentnie ktoś się postarał, żeby efekt końcowy zadowolił widzów.

     Film jest swego rodzaju “miękkim rebootem” oryginalnego “Jumanji” z 1995 roku. Tym razem czwórka nastolatków musi za karę zostać w szkole po lekcjach i sprzątać piwnicę. Wśród gratów dzieciaki znajdują starą konsolę i kartridż z grą Jumanji. Żeby trochę się rozerwać decydują się uruchomić sprzęt i… lądują w świecie gry jako postacie, które wybrali. Spencer – nieśmiały i wycofany nerd to nagle osiłek i łowca przygód o twarzy (i ciele) Dwayne’a Johnsona. Potężny futbolista amerykański Fridge staje się niezbyt imponująco zbudowanym zoologiem o aparycji Kevina Harta. Zblazowana i warcząca na innych Martha w świecie gry zostaje seks-bombą w skąpych szortach – w tej roli prześliczna Karen Gillan. Najgorzej trafiła jednak Bethany. Typowa amerykańska królowa balu, cheerleaderka, wymuskana blondi uzależniona od “lajków” i mediów społecznościowych musi się nauczyć być… Jackiem Blackiem.

     Na kontrastach osobowości i wyglądu bohaterów z gry i prawdziwego świata oparto większość dowcipów. I jest to zaskakująco skuteczne. Duża w tym zasługa aktorów. The Rock jako zakompleksiony fan gier komputerowych sprawdza się znakomicie. Podobnie pozostała część obsady. Między Johnsonem i Hartem jest taka chemia, że aż kipi – dowód na to jak bardzo zaprzepaszczono potencjał tego duetu w “Central Intelligence”. Jack Black jest przezabawny, ale to żadna niespodzianka, natomiast pozytywnie zaskoczyła mnie młodziutka, utalentowana i prześliczna (tak, powtarzam się) Gillan. Wymieniona czwórka stanowi serce nowego “Jumanji” i chyba nie dało się wybrać lepiej. Tu pojawia się właściwie jedyna rysa na całości. Alex – chłopak, który wszedł do gry równie przypadkowo tylko zdecydowanie wcześniej niż pozostali. W tej roli pojawia się Nick Jonas i mimo tego, że stara się jak może – wygląda przy pozostałych jak obce ciało.

     Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Scenarzyści zahaczyli o kilka dość aktualnych tematów – od gier komputerowych, przez “social media”, po uzależnienie od telefonu. Co ważne, poza żartami znalazło się miejsce na refleksję na temat tego jak ekstremalne przeżycia zbliżają ludzi, a brak odpowiedniej komunikacji ich oddala. Nie spodziewałem się takich treści w filmie zaplanowanym na bycie czystą rozrywką.

     Najważniejsze, że w “Jumanji: Przygoda w dżungli” nic nie wydaje się zrobione na siłę. Różnorodni, barwni bohaterowie w niecodziennej sytuacji muszą się zjednoczyć i stawić czoła nietypowej sytuacji. Proste, banalne wręcz, ale tak wykonane, że można się uśmiać i wzruszyć, bez obaw, że te niecałe dwie godziny będą czasem straconym. Zdecydowanie polecam.

Comments

comments