Nie będę ukrywał, nie mam takiego zapału do pisania o grach jak do pisania o filmach. Nadal jednak gram sporo i często mam ochotę skrobnąć słowo, albo dwa o danym tytule. Żeby było szybko, zwięźle i na temat, powstał cykl “Rzut żabim okiem”. Krótkie, wypunktowane myśli nieuczesane na temat danej produkcji (w formie plusów i minusów), wnioski i ocena ogólna. Żeby nie przedłużać:

+ jeśli ktoś chce bronić hasła “gry to też sztuka” musi użyć przykładu Journey
+ niesamowity klimat
+ cudowne udźwiękowienie i muzyka
+ brak interfejsu, proste i intuicyjne sterowanie
+ żadnych samouczków, tylko nauka na zasadzie prób i błędów
+ losowe spotykanie innych graczy (maksymalnie jednego na raz) – brak komunikacji – tylko gesty/poruszanie się postaci
+ piękna, bardzo plastyczna oprawa graficzna
+ zapierające dech w piersiach lokacje
+ krótka, ale treściwa, budzi podziw, zmusza do refleksji
– jedyny minus jest taki, że po tylu ochach i achach chyba liczyłem na nieco więcej?

Wniosek końcowy: Journey to nie gra. To przeżycie, to doświadczenie. Przez pierwsze kilka minut byłem diabelnie rozczarowany. To już? Lezę ludkiem po piasku i nic ponad to? A potem lazłem, brnąłem przez wydmy i nie mogłem przestać. Było późno, odpaliłem tytuł kiedy w zasadzie powinienem był się kłaść, a nie przestałem iść, aż nie ukończyłem. Rewelacyjna, jedyna w swoim rodzaju. Warto przynajmniej raz zagr…przeżyć. Polecam!

Comments

comments