Zabawne, że obejrzałem ten film kilka dni po zawodzie, jaki sprawił mi Spectre. Kryptonim U.N.C.L.E. pokazuje, że nadal można zrobić film w stylu starych Bondów, który dzięki odpowiedniej ilości humoru bawi, ale nie żenuje. Doskonały przykład komedii szpiegowskiej, która nie przekracza pewnej granicy i przez to nie jest parodią.

u1

     Zimna wojna, Ameryka rywalizuje z ZSRR. Nagle pojawia się wspólny wróg i dwaj agenci specjalni muszą na chwilę odłożyć swoją niechęć na półkę i zgodnie współpracować. Żeby było zabawniej – nie są to nieskazitelni herosi – pierwszy z nich to złodziej, a drugi jest chory psychicznie. Gościa z CIA gra najnowszy Superman (Henry Cavill), a agenta KGB – mało znany Armie Hammer, którego kojarzę tylko z “Jeźdźca znikąd”. Wymieniona para na ekranie spisuje się na medal! Jest między nimi chemia, rywalizacja, jest iskrzenie, ale jest też świadomość wspólnego celu. Zespół uzupełnia Niemka Gaby, mechanik samochodowy z Berlina Wschodniego. Stanowi świetny katalizator emocji między wspomnianymi wulkanami testosteronu.

u3

     Wszystko mi w U.N.C.L.E. zagrało. Klimat zimnej wojny, samochody, dekoracje, stroje. Poczucie humoru poszczególnych postaci, humor sytuacyjny. Historia nie jest może specjalnie odkrywcza i większość zwrotów akcji nie zaskakuje, ale nie spodziewałem się tu przesadnego skomplikowania. Nie ten gatunek. A w porównaniu z konkurencją? Podobało mi się nawet ciut bardziej niż Kingsman.

u2

     Nie mam na co narzekać. Nie jest to arcydzieło, ale film kompletny w swoim gatunku. Kiedy trzeba jest serio, kiedy nie – groteskowo. Tak mógłby wyglądać kolejny film o Bondzie, gdyby seria nie skręciła (po zatrudnieniu Craiga) w stronę realizmu i przesadnej powagi. Nie mam wątpliwości, jeśli po Spectre wybiorą nowego aktora, to Guy Ritchie powinien zrobić kolejnego Bonda. Ba, w sumie już go zrobił, bo Henry Cavill nadaje się na agenta 007 idealnie.

Comments

comments