Jestem wielkim miłośnikiem sagi AC. Po prostu. Wiem, że kolejne części niewiele zmieniają w mechanice, grafika jest “tylko” trochę ładniejsza i tyle. Wielu uważa, że za każdym razem dostajemy to samo. Być może. Mnie to wystarcza. Zawsze świetnie się bawię skacząc pod achach i szukając celu. Niestety, z premierą pierwszego asasyna – rok 2007 – moja leciwa Toshiba A100 była w stanie wyświetlić grę w pięciu klatkach na sekundę. Dopiero teraz nadrobiłem zaległość i warto było.

Assasins-Creed

     W porównaniu do kolejnych części, nie ma niespodzianki. Pierwsza odsłona to “to samo tyle, że mniej”. Bardziej schematyczna rozgrywka, dość przewidywalna fabuła, mniej rzeczy do odkrycia i zrobienia. Jedno się nie zmieniło od początku – gra się przyjemnie, a minuty lecą nie wiadomo kiedy i gdzie. Co ciekawe, mimo niecałych siedmiu lat na karku, grafika nadal wygląda bardzo dobrze i absolutnie nie czułem, że mam do czynienia z jakimś tytułem retro. Za to należą się brawa dla UbiSoftu.

     Tak naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Ocena wynika głównie z porównania z kolejnymi asasynami, które bardzo cenię. Jedynka z tej perspektywy wypada blado ale gdyby zagrał w nią zaraz po premierze – pewnie piałbym z zachwytu.

Comments

comments