Sam Mendes powinien być odstawiany na boczny tor mniej więcej w połowie projektu. Pierwsza połowa Skyfalla i pierwsza połowa/jedna trzecia Spectre to świetne wycinki z filmów o Bondzie. Potem nagle coś się dzieje i mamy katastrofę. W przypadku poprzedniej odsłony miało to postać szefowej MI6 i jej najlepszego człowieka bawiących się w Kevina samego w domu gdzieś na bezludzi. W najnowszej części wcale nie jest lepiej.

      Wstęp, piosenka i animacje jak zawsze dają radę. Znak firmowy nowych Bondów. Nie jest to może hit na miarę kawałka Adele, ale wystarczająco dobrze się słucha. Na wszystkich szkoleniach o snuci wizji i przedstawianiu swoich pomysłów tłucze się w kółko: zawsze idź od ogółu do szczegółu. Reżyser i scenarzyści wymyślili, że zepną klamrą wszystkie filmy z Craigiem w roli głównej. Fantastycznie! Problem w tym, że kiedy już trzeba to pokazać na ekranie, na poziomie detali jest naprawdę słabo.

spc1

     Tak jak wspomniałem wcześniej – zaczyna się obiecująco. Agent 007 znów rozrabia. Ścigając pewnego zabójcę (jak się potem okaże, wątek nawiązuje do Skyfall) trafia na trop organizacji, która wydaje się stać za całym złem na świecie. No, może prawie całym. Do tego momentu jest ciekawie, jest dynamicznie, jest “bondowsko”. W końcu James trafia na spotkanie szefa wszystkich szefów Spectre ze swoimi ludźmi. Najpierw jest tajemniczo, ekscytująco i naprawdę byłem zaintrygowany tą sceną. Do momentu, w którym okazało się, że na takim poziomie panują reguły jak między mięśniakami z gangów pruszkowskich czy wołomińskich. Wtedy stracili mnie po raz pierwszy. Super tajna sieć złych ludzi zamiast przerażać zaczęła mnie bawić. Groteska. Przy okazji, pojawienie się w filmie Moniki Belluci uważam za sakramencko niewykorzystany potencjał. Wszystkie piękne kobiety na świecie są albo do niej podobne, albo maja tak samo na imię 😉 Jak można ją było tak potraktować? Ech…

spc4

     Dalej jest ciut lepiej, znów mamy nawiązanie do poprzednich filmów. Bond szuka starego znajomego. Tyle pisania o fabule. Reszta jest nieważna, bo popełnia najcięższy grzech z możliwych – jest nudna. Podczas scen akcji nudziłem się umiarkowanie, podczas pozostałych nudziłem się bardzo. Zupełnie uleciał klimat filmów o 007. Miałem wrażenie, że oglądam połączenie Mission: Impossible z Bourne’ami. Nieudane połączenie. Amerykańskie kino akcji klasy B. Taki Jack Ryan.

     Najważniejsza sprawa – antagoniści. Muszę o tym napisać. Uwielbiam kreacje Waltza u Tarantino, ale tu ktoś dramatycznie przestrzelił z castingiem albo z wizją. Franz Oberhauser to najbardziej komiczny i groteskowy przeciwnik Bonda w historii. Wejście ma niezłe, ale potem każda scena z jego udziałem jest przezabawna. Gość wygląda jak żywcem wyjęty z Austinów Powersów. Brakowało mi tylko, żeby miał wąsy i żeby przy każdym tekście złowieszczo je sobie podkręcał. Sposób mówienia, akcent, to, co mówi – parodia. Nie wiem jakim cudem nikt po drodze nie zauważył jak cudacznie to wypadło. Jego prawą ręką w terenie jest Hinx – niemy osiłek od brudnej roboty, który ani nie fascynuje, ani nie przeraża. Jest doskonale nijaki. Każdy z antagonistów w poprzednich odsłonach był lepszy. Każdy. Nawet bardem kopiujący jeden do jednego Jokera z batmanów Nolana. Ostatnia uwaga, ale wcale nie najmniej ważna – kobieta Bonda tym razem też wypada blado. Léa Seydoux w tym filmie po prostu jest i to wszystko co można o niej napisać.

spc2

     Żeby nie marudzić bez przerwy wspomnę, że humor momentami trafia w punkt i na kilku scenach szczerze się uśmiałem. Nieźle wypadło trochę więcej czasu na ekranie dla nowego M, Moneypenny i Q.

     Na koniec przydługa refleksja. Narzekam i narzekam, ale trzeba spojrzeć na wszystko z perspektywy. To wszystko wina Martina Campbella. Gość na dzień dobry dał nam Casino Royale, wg mnie jeden z najlepszych filmów o Bondzie w ogóle. Niemal doskonały. Trzy kolejne nawet nie doskoczyły do tego poziomu i stąd poczucie, że są słabe, a przecież każdy z nich jest o niebo lepszy niż te ostatnie potworki z Brosnanem. Podczas seansu odniosłem wrażenie, że Daniel Craig wygląda na zmęczonego graniem agenta 007. Może sam czuje, że najlepszy moment był na początku, a kolejne marne próby tylko podkopują sukces pierwszej części z jego udziałem. Bo serio pytając – czy jest scena w Spectre, Skyfallu czy Quantum tak dobra, zabawna i błyskotliwa jak dialog Vesper i Jamesa w pociągu do Czarnogóry? Albo równie emocjonująca, ale pozbawiona strzelanin jak rozgrywka w pokera z Le Chiffrem? No właśnie. Campbell dając nam genialne Casino Royale zrobił nam krzywdę windując oczekiwania wobec następców do niemożliwego poziomu.

Comments

comments