Kiedy oglądam serial zazwyczaj spisuję sobie uwagi w trakcie. Łatwiej potem nie zapomnieć o pewnych rzeczach przy podsumowaniu. Forma banalna: lista plusów i minusów. Zamiast pisać więcej mógłbym zostać przy liczbach jakie wyprodukował sezon numer trzy: czternaście krech i tylko dwie pozytywne notki. Dramat. Od tego momentu spojlery zaleją monitor.

     Homeland to zabawa w kotka i myszkę: terroryści i CIA. Kto kogo, jak i kiedy. Pierwsze trzy-cztery odcinki wyglądają jak napisane przez scenarzystów, którzy nie znali wcześniej serialu. Długa opowieść o tym co stało się z rodziną Bordy’ego. Tak interesująca, że schnąca farba budzi we mnie większe emocje. Po co w ogóle wrzucono wątek Dany i jej romans a’la Zmierzch? To było tak cholernie nudne, że rozważałem odpuszczenie sobie oglądania w ogóle. Nawet śliczna Jessica zapuściła się nieładnie. Pewnie zajadała zły humor po przeczytaniu scenariusza.

hl34

     Zagrywka Saula i Carrie mistrzowska ale znów – czy to się musiało ciągnąć tak długo? Myślałem, że padnę z nudów. Jak nie córka Brody’ego to Carrie i jej psychiczne problemy. Na deser zaś jeszcze mniej interesujące perypetie samego Brody’ego w Carracas. Gdzie terroryści? Gdzie analiza zamachu na Langley? Gdzie CIA? Gdzie to, co czyniło serial ciekawym? Nie ma. W ogóle Centralna Agencja Wywiadowcza przez pierwszą połowę sezonu wygląda jakby składała się z Saula, muzułmańskiej hakerki (o niej za chwilę), Dar Adala, Petera i Carrie. Wcześniej wyglądali jak drobny zespół w wielkiej machinie kierowanej przez Estesa, a tu nagle nie ma CIA poza wspomnianą piątką.

     Ciekawych postaci brak. Fara Sherazi, hakerka z miesięcznym stażem (!!!) w firmie dołącza do najważniejsze operacji w historii. Jest niemrawa, bezpłciowa i zbędna. Javadi daje radę ale nie jest to objawienie na miarę Petera w drugim sezonie. A propos, sam Quinn z bezlitosnego żołnierza do zadań specjalnych stał się jakimś Kapitanem Ameryką. Czasem zabije przypadkowego jedenastolatka prawie bez refleksji, a za chwilę zastanawia się czy nie odejść, bo widział jak ktoś kogoś zatłukł.

hl32

     Co z zamachem ja się pytam? Ano nic. Po trzecim sezonie wiem tyle samo co po drugim. Z bombą w Langley dali się podejść jak dzieci (choć chyba nigdy nie dowiemy się jak) ale już chwilę potem wiedzieli, że akcję finansował Javadi. Pokazali jakiegoś niby-terrorystę od bomby, ale facet miał całą minutę czasu antenowego. Poza tym nic, niente, zip, nada. Coś, co ciekawiło mnie najbardziej – nadal nie zostało wyjaśnione.

     Koniec narzekania? Chciałbym. Mamy tu jeszcze kilka kwiatków w stylu: ciąża Carrie; Brody ze zniszczonego ćpuna zamienia się w super-żołnierza na przestrzeni dwóch tygodni; szew Gwardii w Iranie ginie od ciosu wielką popielniczką i nikt nie słyszy. Żal nawet wymieniać. Finał trzyma poziom sezonu. Rozczarowuje w podobnym stopniu. O tym, że Brody ginie wiadomo na 100% mniej więcej od rozmowy w kryjówce. Jak tylko padł ten tekst o jego dziecku, które nosi Carrie. Jak tylko gościowi ktoś mówi w filmie/serialu, że nie ma się co łamać (przecież ma powód, żeby żyć), to najpewniej taki delikwent zginie w jednej z kolejnych scen. Sam moment wieszania sierżanta też popsuty. Kiedy Mathison wdrapuje się na płot… no nie. Nie chce mi się znęcać dłużej. Bród, smród i ubóstwo. Popsuli nawet tak kluczowy moment. Fajnie, że to domknęli. Niefajnie, że w taki chaotyczny, nieprzemyślany i przekombinowany sposób.

hl33

     Last but not least. Co ze śmiercią Bordy’ego? Jak odebrano ją w Stanach? Oczyszczono go trochę z zarzutów? Podtrzymano, że był terrorystą? Jak to się skończyło? Wiadomo, że Lockhart nie mógł go umieścić na ścianie pamięci, ale mogliby pokazać cokolwiek więcej. Przecież chyba taka publiczna egzekucja “America’s most wanted” nie przeszła bez echa, hm?

Pozytywy? Znalazłem trzy. Pierwszy – postać Saula, drugi – w połowie sezonu akcja przypomina poprzednie sezony, trzeci – ulga, bo to już za mną. Męczyłem się strasznie przy trzeciej serii. Ocena wynosi tyle ile odcinków było fajnych w tym sezonie. Z dwunastu.

Comments

comments