Jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych. Dzień Niepodległości to był dla mnie jeden z najważniejszych kinowych “momentów”. Sympatyczni bohaterowie, niesamowite sceny niszczenia wielkich miast, popularny motyw ludzie kontra obcy i najlepsze efekty specjalnie od czasów Gwiezdnych Wojen(tak, wiem, po drodze był Terminator 2, ale tam wszystko było na zdecydowanie mniejszą skalę). Film zestarzał się niezbyt ładnie, efekty dziś wyglądają raczej marnie, a sam film to głupiutki amerykański blockbuster. Tak, mimo nostalgii mam tego świadomość. Nic jednak nie usprawiedliwia robienia sequela po 20 latach jeśli się nie ma pomysłu na sensowne pociągnięcie historii w nowym kierunku. Fabularnie Resurgence to jest pierwsza część, niemal scena po scenie, z tą różnicą, że tu wszystko jest słabsze, gorsze i mniej spektakularne. Spojlery w recenzji raczej się pojawią, najlepiej czytać po obejrzeniu filmu, chociaż nie wiem czy warto tracić czas.

idr5

     Wracamy na ziemię 20 lat po wydarzeniach z pierwszej odsłony. Z duchem czasów mamy już panią prezydent, ziemianie ożenili swoją technologię z bajerami obcych, mamy bazy na księżycu, działa laserowe i jest pięknie. Niestety wszystko psuje kolejna inwazja obcych, tym razem zamiast floty wielkich statków mają jeden, za to wielkości 1/4 Ziemi. Tak, to nie żart. Potem następuje standardowa sekwencja wydarzeń: obcy lądują i robią wielkie bum, dzielni ziemianie lecą im dokopać, przegrywają z kretesem, a na koniec ktoś wymyśla sprytny plan i dzięki niemu możemy się (niestety) doczekać części trzeciej…

     Tak jak pisałem, wszystko w tym filmie jest gorsze, dlatego nawet nie jestem w stanie w recenzji opisać wszystkich wad. Nie mam pojęcia po co komu film, w którym na pierwszym i drugim planie mamy na oko gdzieś tak z piętnastu bohaterów. Serio, ktoś nie wierzy? Stary prezydent, pani prezydent, generał/prezydent, Jeff Goldblum, tata Jeffa Goldbluma, pani psycholog od kosmitów, córka prezydenta, jej chłopak, najlepszy kolega chłopaka, chiński obiekt westchnień kolegi chłopaka, rywal chłopaka/syn Willa Smitha z pierwszej części, striptizerka z jedynki, która została lekarką (często się to zdarza?), szalony profesor z jedynki, Afrykanin z maczetami i chyba najgłupsza, najbardziej zbędna postać w historii kina – wkurwiający księgowy. Ten ostatni osobnik to scenarzysta wrzucony chyba do filmu przez własną próżność. Inaczej nie potrafię wyjaśnić obecności tak irytującej, niepotrzebnej i nic nie wnoszącej osoby w obsadzie.

idr2

     Przez mnogość wątków i postaci nikt nie dostaje tu wystarczająco dużo czasu na ekranie przez co kompletnie mnie nie interesowały losy poszczególnych bohaterów. Młodzi piloci mają jakieś zatargi, stary prezydent ma chyba problemy psychiczne, ale generalnie widz ma to w nosie, bo każdy temat jest zarysowany jednym dialogiem, trzema zdaniami. W dodatku poza może Goldblumem wszyscy aktorzy grają taką padaczkę, że żal na to patrzeć. Generalnie wszyscy wzięli udział, bo ktoś słono płacił. Takiego braku charyzmy nie wytrzyma żadna produkcja. W jedynce mieliśmy przebojowego Willa Smitha, Jeff Goldblum grał bardziej przekonywająco, a Bill Pullman wygłosił jedną z najlepszych mów motywacyjnych w historii kina. Tutaj młodzi piloci maja tyle czaru i charyzmy co postacie z seriali na Disney Channel. Młody Hemsworth i aktor grający syna Willa Smitha to najbardziej bezpłciowy duet jaki widziałem od dawna. A stary, dobry prezydent wygłasza jeszcze jedną mowę. Przypadkową, do przypadkowych ludzi w hangarze. Groteskowe i naprawdę mało zabawne. Raczej żałosne.

idr4

     Film z 1996 roku był kolejnym krokiem milowym w temacie efektów specjalnych, dwójka nawet nie zbliża się do tego poziomu. Wiadomo, że wygląda lepiej niż poprzednik, ale szału nie ma. W zderzeniu z wieloma współczesnymi produkcjami (Mad Max, Prometeusz, nawet od biedy Transformers) po prostu wysiada. Dość powiedzieć, że najbardziej spektakularne momenty z jedynki – zniszczenie miast – tutaj trwają minutę, może dwie. Dosłownie – jeśli widzieliście rozpierduchę w zwiastunie to w zasadzie widzieliście wszystko.

     Nic tu nie ma sensu, scenariusz nie ma ciągów przyczynowo-skutkowych. Wszystko dzieje się po to, żeby kolejne sceny uczynić bardziej dramatycznymi. Autobus pełen dzieci jedzie w oko cyklonu, bo tak. Wielki kosmita ma naprzeciwko siebie jedynego wroga zdolnego go zniszczyć, ale nie rusza do niego tylko atakuje właśnie ten autobus. Bo ma być dramatycznie i koniec! W ogóle finał jest kiepski, mało spektakularny i zostawia widza z wielkim uczuciem niedosytu. Ostatnie kwestie w filmie to już niezamierzona autoparodia. Mimo usilnego silenia się na powagę film ani przez moment nie angażuje emocjonalnie, nie sprawia, że czujemy powagę zagrożenia, że czujemy bliskość zagłady ludzkości. Nie ma tu też tego, co zawsze trochę ratowało pierwszy Dzień niepodległości – autoironii. Tu wszystko jest robione ze ściśniętymi pośladami i poważną miną.

idr3

     Wady, wady, jeszcze większe wady. Czy coś w tym filmie zasługuje na pochwałę? Znalazłoby się kilka rzeczy. Motyw z jedynym statkiem, który wylądował po poprzedniej inwazji był ciekawy. Zamiast dwójki, chętnie bym zobaczył spin off o zmaganiach okolicznych plemion z kosmitami. Taki Aliens/Predator, maczety kontra macki. Kilka efektów specjalnych było nawet nawet. Podobał mi się pomysł ze zbiorową jaźnią kosmitów no i na koniec fajnym zabiegiem było dorzucenie trzeciego elementu do konfliktu – białego pac-mana, który ma być lekiem na całe zło. To ostatnie śmierdziało mocnym zapożyczeniem (tudzież bezczelną kalką) z serii gier Mass Effect, ale jak kopiować to od najlepszych.

     Podsumowując – nowy Dzień Niepodległości to według mnie największy syf od czasów Battleship. Śmierdząca kupa gówna. Niewiarygodne, że coś takiego może powstać i nikt po drodze nie zapadnie na refleksję: hej, może przesadzamy z tym szajsem? Zanim ktoś mi zacznie odpisywać, kilka uwag: nie, nie spodziewałem się wiele; tak, szedłem na głupi amerykański blockbuster z kosmitami; tak, jedynka też była głupawa i czynnik nostalgii robi swoje. Są jednak pewne granice pójścia w stronę tandety i o ile w 1996 zrobili wesoły film o inwazji paskudników z kosmosu, o tyle 20 lat później wpadli w czarną dziurę beznadziejnego “filmoróbstwa”. Nie oglądać, nie tykać. Trzymać się z daleka.

Comments

comments