Wielka nadzieja fanów oryginalnej Godzilli rodem z Japonii. Recenzje czytałem pozytywne więc chyba się udało. Chyba, bo ja nigdy nie zachwycałem się tymi filmami, a amerykańska wersja z 1998 nawet mi się podobała. Po pierwsze miała genialny zestaw utworów na OST, a po drugie była efekciarska i jak na tamte czasy robiła ogromne wrażenie efektami i widowiskowością. Że miała durnowatą “hamerykańską” fabułę naznaczoną nieśmiertelnym patosem wujka Sama? No jasne! Tego właśnie oczekiwałem idąc do kina na ową produkcję. Wiem, zaraz wszyscy mnie zjedzą, bo tamten film to kaszana. Może i tak ale mi (i mojemu bratu jeśli mnie pamięć nie myli) się podobało. Sory, taki mamy klimat.

     Czasy się zmieniły, nowy rimejk podobno robiono z poszanowaniem dla oryginału. Przez jakieś czterdzieści minut byłem pozytywnie zaskoczony. Jaszczura pokazują częściowo albo wcale. Historia zaczyna się poważnym i mocnym akcentem. Jest dramatycznie i naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. Duża w tym zasługa aktora znanego przede wszystkim z serialu Breaking Bad – Bryana Cranstona – grającego rolę inżyniera elektrowni atomowych. Dramatyzm nieznacznie psuje koleś grający syna tegoż inżyniera. Wyraźnie odstaje i gra słabo, momentami tragicznie. Chyba Dwayne Johnson ma większy wachlarz min i gestów. Nieważne. Atmosfera gęstnieje, robi się poważnie. Ludzie giną. Sceny momentami wciskają w fotel.

upcoming051614c

     Potem następują ze dwa dziwaczne przejścia. Mamy jakąś akcję, coś się dzieje. Jest noc, żołnierze biegają, strzelają, stwory atakują bohaterowie są na krawędzi i… nagle mamy dzień. Już po zadymie. Nie wiadomo co się działo, nie wiadomo co się stało. Nic nie wiadomo. John Snow czułby się jak u siebie. Myślałem, że jakiś dialog choć trochę wyjaśni co to było. Nic z tego. Jedziemy dalej. Zupełnie rozwala to kompozycję i wybija z rytmu.

    To jednak nie jest główna wada nowej Godzilli. Ta jest taka, że po obiecującym wstępie film przestaje udawać, że ma być czymś innym niż Godzilla A.D. 1998. Robi się durnowaty i “hamerykański”. Typowy film o potworach i dzielnych chłopakach próbujących, pod gwieździstym sztandarem, zatrzymać najeźdźców. Oczywiście tylko dla dobra swoich ukochanych. Śmiesznie się ogląda po raz ąętnasty jak amerykańska armia strzela do megazordów z procy, a żołnierze doborowych jednostek biegają chaotycznie jak bezgłowe kurczaki. Nie tego się spodziewałem dając się omamić tymi kilkudziesięcioma minutami dobrego wprowadzenia. Poza tym para bohaterów, która przejmuje pierwsze skrzypce to jakiś żart. O kolesiu wspominałem wyżej. Jego żona, grana przez bliźniaczkę Olsen, to takie samo drewno. Żal patrzeć.

     No cóż, dobrze żarło i zdechło. Zdarza się. Nie czyni to tegorocznej wersji jakimś słabeuszem. Co to to nie, rozrywka jest na dobrym poziomie i w kinie nie ma nudy. Szkoda tylko, że tak wyszło. Mogło być o klasę lepiej.

godzilla-godzilla-s-opening-box-office-numbers-released-will-it-exceed-expectations

     Na osobne słowa zasługuje wygląd, sposób poruszania się, walki tak tytułowej bohaterki jak i całej reszty potworów. Spece od efektów specjalnych spisali się na medal. Godzilla jest wielka, na swój sposób piękna, kroczy jak przystało na swoją wagę i wygląda jak nowa, lepsza wersja oryginału z Japonii. To jeden z najjaśniejszych punktów, szkoda tylko, że jak z cukrem w cukrze: trochę jednak za mało Godzilli w Godzilli. Rozbawiło mnie też, że poza firmowym rykiem, znanym z poprzednich filmów, potwory porozumiewają się ze sobą za pomocą dubstepu. Bardziej to bawi niż daje jakikolwiek inny efekt ale może czegoś nie skleiłem. Miałem wrażenie, że gigantyczni bohaterowie dogadaliby się bez tłumacza z wszystkimi Transformerami.

     Na marginesie. Nie twierdzę, że to zasada albo, że Warszawa to zło. Ba, nawet lubię stolicę. Jednak takiego wsiurstwa i bydła dawno w kinie nie spotkałem. Jeśli w ogóle. A wierzcie mi, widziałem wiele. Co ciekawe seans na 14:30 i w środku tygodnia więc spodziewałem się pustej sali. Tymczasem ludzi sporo, na oko przynajmniej dwa-trzy kluby dyskusyjne. Część przyszła komentować sceny, część pośmiać się w gronie znajomych, a jeszcze inni w ogóle mieli w dupie film. Są tu żeby spędzić czas w gronie znajomych głośno sobie rozmawiając. Serce skradła mi za to para siedząca za mną, jedno miejsce w prawo. Na oko 20-kilka lat. Byli wprost oburzeni, że śmiałem poprosić ich grzecznie, żeby przestali kopać (użyłbym słowa napierdalać ale jestem kulturalny) w rząd, w którym siedzę. Przecież, że o co mi w ogóle chodzi, jak kopią nie w mój fotel. Nieważne, że wszystkie dookoła się telepią. W ogóle ciekawy zwyczaj. Kładzenie buciorów na zagłówki rzędu przed sobą. No nie ma co, powiało wielkim światem i Europą Zachodnią. No i powtarzam, nie przypisuję tego Warszawie jako jakiejś standardowej praktyki. Pewnie tak trafiłem ale serio, stężenie chamstwa, buractwa i cebulactwa na m2 przebiło rozmiarem nawet Godzillę. To nie jest łatwe zadanie.

     Nie ma co dłużej biadolić. Źle nie jest, dobrze wcale. Ot, taki wakacyjny hit. Iść, obejrzeć, dobrze się bawić. Zapomnieć. Miałem nadzieję, że urwie mi tyłek, a tylko postraszyło i tylko przez niecałą godzinę. Trochę szkoda.

P.S. Widziałem w 3D. Tradycyjnie można sobie trójwymiar odpuścić.

Comments

comments