Napisałbym tradycyjnie, że polski tytuł z dupy wzięty, ale to zaczyna być tradycja. Walka z wiatrakami. Nieistotne, bo film ryje beret. To najkrótszy możliwy opis. Historia jakich wiele już było na ekranie. Dwie małe dziewczynki znikają z sąsiedztwa. Mamy porywczego detektywa, wąskie grono podejrzanych i ojca jednej z porwanych, który załamany nieporadnością policji, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Brzmi jak opis średnio interesującego kina sensacyjnego? Pozornie.

p2

     Prisoners kojarzą mi się z dwoma innymi (rewelacyjnymi) filmami: Gone baby gone Afflecka i Mystic River Eastwooda. Jest tu ten sam surowy, ciężki i przytłaczający klimat. Ta sama dosadność niektórych scen, podobnie prawdziwi bohaterowie. Tacy wiecie, z krwi i kości. Na koniec cała intryga, mimo logicznego wyjaśnienia, zostawia posmak lynchowskiego stylu rodem z Twin Peaks. Zdjęcia są szaro-bure, surowe, muzyki prawie nie ma. Wszystko jest tak dotkliwie… autentyczne, że strach się bać. Dosłownie. Stan niemożliwego napięcia, w jaki wprowadził mnie finał Kapitana Philipsa, tutaj przylepia się do człowieka po dwudziestu minutach i trzyma praktycznie do końca. Nie chce się odczepić nawet po napisach końcowych.

p1

     Na pewno jest to też zasługa reżyserii i scenariusza, ale przede wszystkim rewelacyjnych ról. Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal przez cały film toczą pojedynek pt. “kto lepiej zagra”. Jeden znany głównie z bycia X-Menem, drugi raczej z niepoważnych ról – tu pokazują klasę od początku do samego końca. Fantastyczne kreacje! Ciężko coś więcej napisać, ciężko w ogóle zebrać myśli po takim obrazie. Mimo małych (ok, czasem średnich) dziur w scenariuszu – trzeba koniecznie obejrzeć. Szczególnie jeśli lubicie doskonale nakręcone thrillery. Szczerze polecam.

Comments

comments