Fani Gwiezdnych wojen (Imperium kontratakuje), Jump street (nr 22) czy Władcy pierścieni (Dwie wieże) wiedzą, że czasem kontynuacja może być lepsza niż początek sagi. Rzadka to sytuacja, ale zdarza się. Żadna jednak z wymienionych pozycji nie jest lepsza od poprzedniczki o tyle, o ile Raid 2 przebija oryginał. Bez owijania w bawełnę: to jeden z najlepszych filmów akcji jakie widziałem od długiego czasu.

tr1

     Po pierwsze: fabuła. Tym razem nie mamy zdawkowej i niemrawej opowieści stworzonej na potrzeby scen walk i zabijania. Film oferuje, niezbyt może oryginalną, historię policjanta pod przykrywką infiltrującego środowisko mafijne. Nasz znajomy z jedynki – Rama – aby nie paść ofiarą tych, którzy chcą zatuszować wydarzenia z poprzedniej części, musi wsadzić za kraty najwyższych bossów półświatka. Wiem, wielkiej pomysłowości to nie ma, ale jak to jest pokazane! Jak to jest opowiedziane! W końcu sięgnięto po zawodowych aktorów. Nakreślono kilka ciekawych postaci, których historia naprawdę mnie wciągnęła. Nie było tu żadnego wielkiego, fabularnego zaskoczenia, a mimo to śledziłem ich losy w skupieniu, jednym kibicując, innym życząc powolnej śmierci.

     Po drugie: walka. Jest tak samo dobra, momentami nawet lepsza niż w The Raid. Są tu walki wręcz, walki na noże i inne przedmioty, strzelaniny i pościgi samochodowe. Pojedynki jeden na jeden i zbiorowe zadymy. Najlepsze jest to, że upchano tego w filmie sporo wcale nie przesadzając z ilością. Proporcje między opowiadaniem historii, a scenami akcji są, nie boję się tego napisać, doskonałe!

tr3

     Po trzecie: styl. Praca kamery to materiał na osobną analizę. Rozłożyły mnie na łopatki nieśpieszne ujęcia, służące do zbudowania nastroju pod kolejny dialog bohaterów. Urzekły mnie szerokie kadry krajobrazów gdzie coś się dzieje jedynie w rogu ekranu. Kto robi takie rzeczy w filmach o waleniu się z łokcia w czambuł? Tutaj jest kasa, jest budżet (zauważalnie większy niż jedynka) – jest więc i rozmach. Zaczarowała mnie też muzyka, w całym filmie dobrana rewelacyjnie. Pewna scena zaś, finałowy pojedynek na pięści, ma podkład rodem z filmów karate z lat 80tych. Najlepszy możliwy hołd dla źródeł. Dodatkowo mam wrażenie, że dosadna brutalność z jedynki tu poszła (nieprzesadnie) w stronę groteski. Sceny są bardziej przerysowane, a kilka (bejsbol, młotki, metro, wąski korytarz) ociera się o wczesnego Tarantino. To mówi samo za siebie.

     Po czwarte: minusy? Są, a właściwie: jest. Jedyny zarzut jaki mam do reżysera to recycling aktorów. W zasadzie jednego. Bez zagłębiania się w detale: jeden z charakterystycznych aktorów w jedynce wraca w Raid 2 jako zupełnie inna postać. Oglądałem obie pozycje w odstępie trzech dni i bardzo rzuciło mi się to w oczy.

tr2

     Werdykt: blisko do perfekcji. Infiltracja wg Garetha Evansa to kino kompletne. Z jednej strony nie próbuje udawać filmu mądrzejszego niż widowiskowe, sensacyjne kino akcji. Z drugiej – umiejętnie wyciska ze swojej kategorii 100% tego, co się da wycisnąć. Odpowiednie tempo, widowiskowe sceny walki, niezła historia, mocne charaktery, dwa naprawdę wzruszające momenty (!!!) i poruszające, pseudo-otwarte zakończenie. Nie wiem czy da się to zrobić lepiej.

     W animacji Ratatuj był wątek o tym, że najtrudniej w kuchni zrobić rzecz prostą w taki sposób, żeby pobiła na głowę najbardziej wyszukane kulinarne cuda. Raid 2 to klasyczne kino killing i fajting podane w taki sposób, że klękajcie narody! Wszystkie Fasty i inne Furiousy mogą się schować głęboko (mimo, że jedynkę uwielbiam). Powiem tylko, że jedynka (całkiem niezła) wygląda przy dwójce jak demo produkowane z myślą o youtube.

tr4

     Na koniec tego przydługiego tekstu słowo wyjaśnienia. Po seansie dałem drugiej odsłonie Raidu dziewiątkę i taka ocena widnieje na pod spodem. Warto jednak zaznaczyć fakt, o którym dowiedziałem się później. Cały film miał budżet 4,5 mln dolarów. CZTERY I PÓŁ MILIONA BAKSÓW! To mniej niż sam jeden Mark Wahlberg dostaje za byle gówno! Dlatego w odniesieniu do proporcji budżet – efekt końcowy, Infiltracja dostaje ode mnie okrągłą, honorową dychę. Bierzcie Evansa do Holywood i dajcie mu przyzwoitą kasę!

… albo i nie? Jak masz mniej środków i musisz kombinować to stajesz się kreatywny (George Lucas w latach 77-83), a jak wszystkiego jest za dużo to jedziesz po linii najmniejszego oporu (ten sam Lucas 99-05).

P.S. Rama, jak wszyscy prawdziwi faceci, nosi zegarek na prawej 😉

Comments

comments