Ostatnio głośno się zrobiło o drugiej części więc postanowiłem najpierw obejrzeć jak to się zaczęło. Nie żałuję, choć Raid to film dla naprawdę specyficznej publiczności.

     Dwudziestu Indonezyjskich policjantów w typie S.W.A.T.u jedzie na akcję. Mają aresztować lokalnego bosa. Ten zamieszkuje trzydziestopiętrowy apartamentowiec, który po brzegi wypchany jest narkotykami, bronią palną, białą, śmierdzącymi zbirami i czystym złem. Wpadają do środka, budynek zostaje odcięty, nie mają wsparcia. Sami kontra armia “niemilców”. Brzmi jak odgrzany kotlet a’la historia pewnego entuzjasty prawa – Dredda. Chociaż w sumie to Raid pojawił się wcześniej, niecały rok. Głównym bohaterem jest jeden ze stróżów prawa, gość o swojsko brzmiącym imieniu Rama. Gdzieś tam jeszcze jest jakiś spisek, rodzinny motyw i braterstwo broni, ale kto by się tym przejmował?

trr2

      Nikt. Fabuła w Raid jest tylko pretekstem do pokazania brutalnej, naturalistycznej, dynamicznej i naprawdę efektownej walki policjantów z bandytami. Od większych bitew na karabiny, przez  zbiorowe “maczetowanie” (jakiś hołd reżysera dla miasta Kraków?) aż po pojedynki jeden na jeden. Film kipi od emocji i intensywnej akcji. Jak już się zaczyna rąbanka, to nie ma miejsca nawet na mruganie i tak do samego finału.

     To jest właśnie siła, która tkwi w Raid. Dawno nie widziałem tylu pomysłów na pokazanie jeszcze raz tego samego. Choreografia walk hipnotyzuje, sposób pokazania pojedynków imponuje. Żadnych pół i ćwierć-sekundowych ujęć, od których można dostać padaczki. W każdym momencie widać co się dzieje i kto kogo akurat okłada. A robią to chłopaki z niesamowitą gracją. Celowo napisałem chłopaki, a nie aktorzy. Po pierwsze, dlatego, że to sami faceci – w filmie występuje jedna kobieta przez jakieś 60 sekund; po drugie: profesjonalnego aktorstwa podczas seansu podziwiamy tyle, co w Pamiętnikach z wakacji i Ukrytej prawdzie. Na koniec słodzenia dorzucam jeszcze muzykę. Świetnie dopasowana i tam gdzie się pojawia, umiejętnie stopniuje napięcie.

trr3

     Brak profesjonalnej gry aktorskiej i fabuły to zazwyczaj dyskwalifikujące cechy. Nie tym razem. Raid to pokazówka sztuk walki, hołd dla kina kung-fu z czasów Bruce’a Lee. Jeśli nie możesz znieść “realizmu” na poziomie kopania się w głowy pięć razy na minutę, wychodzenia żywcem z kilku ciężkich starć, krzyków ‘adżja’ co parę sekund i sporego stężenia przerysowanej brutalności – to nie jest film dla ciebie. Dlatego pisałem o specyficznej publice. Jeśli natomiast lubisz wszystko powyższe i chcesz zobaczyć naprawdę świeżą i dobrze zrealizowaną siekaninę – polecam. Ode mnie tylko szóstka, bo intensywność akcji połączona z brakiem fabuły w końcu mnie znudziła, ale i tak cieszę się, że obejrzałem. Chylę czoła przed umiejętnościami wojowników i chcę zobaczyć sequel.

Comments

comments