Kiedy słońce wzejdzie na zachodzie i zajdzie na wschodzie. Kiedy wyschną morza, a wiatr będzie przenosił góry jak liście. Kiedy DC zrobi dobry film. Kiedy… wróć! Że co? Moim zdaniem to trochę niesprawiedliwe podejście – wiadomo, że Batman v Superman i Suicide Squad (delikatnie mówiąc) nie wyszły, ale to tylko dwa filmy. Od wytwórni, która dała nam trylogię Nolana! W każdym razie śpieszę donieść, że Wonder Woman mimo kilu wad nie popełnia wielu błędów swoich poprzedników i wypada więcej niż przyzwoicie.

     Themyscira to mała, rajska wyspa, ukryta magicznie przed wzrokiem ludzi. Żyje na niej plemię amazonek pod wodzą Hippolity (Connie Nielsen). Jej córka – Diana (Gal Gadot) – wesoła, energiczna i ciekawa świata, chce się szkolić na wojowniczkę, wbrew woli matki. Pomaga jej w tym Antiopa (Robin Wright), najlepsza z najlepszych. Kiedy na wyspę przypadkiem trafia szpieg i pilot, Steve Trevor (Chris Pine), a za nim niemiecki oddział – cały świat Diany wywraca się do góry nogami. Razem z przybyszem młoda amazonka wyrusza w podróż do świata z początków XX wieku, aby powstrzymać szaleństwo i rzeź pierwszej wojny światowej.

     Przed reżyserką Patty Jenkins stało naprawdę trudne zadanie. Wonder Woman to postać podobna do Supermana czyli faceta, co strzela z oczu laserem, lata i nosi majtki na spodnie. Tytułowa super-bohaterka jest skrajnie dobra, uczciwa, walczy w obciachowym wdzianku i używa śmiesznych gadżetów. Gdzie im do mrocznego i realistycznego Batmana? Pomimo to – znów się udało. Piszę znów, bo jestem fanem filmu Man of steel i uważam go za pierwszą inkarnację Clarka Kenta, którą da się oglądać bez zażenowania mając więcej niż 10-12 lat. Wonder Woman wypada dobrze, ciekawie, a jej moce, ciuchy, fikołki i skoki to tylko tło dla historii.

     Genialnym posunięciem było uczynienie relacji Diana-Steve osią całej opowieści. W dodatku jest to relacja bardzo symetryczna. Najpierw on trafia do obcego świata, którego kompletnie nie rozumie, a ona jest jego przewodniczką. Potem brudna, ogarnięta wojną Europa to terra incognita dla bohaterki i Steve musi zadać sobie sporo trudu, żeby wyjaśnić jej dlaczego tyle złego dzieje się właściwie bez powodu. Co ważne – wypadło to wszystko bardzo naturalnie. Naiwność Diany jest czysta, nieskazitelna i wiarygodna. Dzięki temu świetnie widać jej przemianę pod wpływem tego co widzi na przykład na froncie. To samo Steve, najpierw traktuje towarzyszkę jak niewygodną konieczność, a potem dostrzega, że sam też o świecie wie mniej niż sobie wyobrażał. Podoba mi się też fakt, że sporo jest tu momentów kiedy akcja zwalnia i pozwala poznać bohaterów, pogłębić ich charakter. Jak scena na łodzi i pewna całkiem zabawna dyskusja, która pokazuje, że każdego gieroja można zagiąć i że Diana może być naiwna, ale nie jest głupiutka. To właśnie te sceny sprawiają, że widz zżywa się z bohaterami i nie przeszkadzają mu w tyle greckie bóstwa, wojna i inne dziwaczne połączenia dwóch różnych światów.

     Główna zasługa leży tu w genialnej roli Pine’a, z każdym kolejnym filmem facet zaskakuje. Po świetnej kreacji w Hell or high water kolejny raz kradnie dla siebie pół filmu. Drugie pół to Gal Gadot i tutaj też powyżej oczekiwań. Reżyserka wyciągnęła z Gal wszystko co mogła najlepszego, dobrze ukrywając średni warsztat aktorski pod dobrze napisaną postacią. Na drugim planie fantastyczną robotę zrobiły Connie Nielsen i Robin Wright. David Thewlis bardzo się stara, ale uważam, że to trochę nietrafiona decyzja castingowa.

    Jak na film na podstawie komiksu przystało, mamy sporo scen akcji, walk i pojedynków. Tu jest pierwszy poważny zgrzyt. Z jednej strony mamy rewelacyjną i efektowną scenę szarży Wonder Woman przez ziemię niczyją aż do okopów wroga – to chyba najlepsza pod tym względem scena w filmie. Z drugiej – kilka ujęć z użyciem CGI wypada dramatycznie źle. Jak efekty specjalne sprzed dekady albo lepiej. Najgorzej wyglądają dalekie skoki Diany. Jak z kreskówki. Warto wspomnieć jeszcze o dwóch-trzech scenach walki gdzie Wonder Woman tłucze kilku przeciwników na raz. Poza przesadnym użyciem slow motion całość ogląda się świetnie. Nie ma ćwierć-sekundowych ujęć, od początku do końca widać kto gdzie jest i co się dzieje. To ostatnio wcale nie jest standard.

     Czarne charaktery, których w filmie jest kilku, są… no po prostu są. Nie zapadną w pamięć na dłużej (poza jednym), ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Film miał opowiadać o Dianie, o tym kim jest, skąd się wzięła i jak wyglądało jej wejście w świat zwykłych ludzi. Złoczyńcy nie są tu po to, by kraść “show” dla siebie. Są wystarczająco źli, żeby kibicować tym dobrym. Jedyne co powinno było wypaść z produkcji na etapie montażu to pewna scena z… diabolicznym śmiechem dwójki niemilców. Nie wiem jaki był zamiar, ale poczułem się jakbym oglądał Allo Allo.

      Jeśli miałbym jeszcze na coś narzekać to na nierówny finał. Z jednej strony są tu momenty dramatyczne i to tak, że chwytają za gardło, z drugiej walka z głównym antagonistą to znów bardzo dużo średniej jakości efektów i jedna naprawdę zła decyzja. Wąsy! Nie mogą napisać więcej, żeby nie spojlerować, ale pewne wąsy po prostu na chwilę kompletnie mnie rozstroiły i zamiast przeżywać wydarzenia na ekranie, nie mogłem przestać głupio chichotać.

     Na koniec uwaga na temat ocen jakie zbiera film. Jak widzę rotten tomatoes  (w tej chwili 93%) to przyznam, że nie rozumiem czy to coś ze mną nie tak, czy jednak fakt, że reżyserem i główną bohaterką jest kobieta dodaje parę procent/punktów do oceny? Takie Ghostbusters z 2016 roku ma 73% na “rottenach”, a to jest abominacja, a nie film. Płytkie i nieśmieszne podeptanie legendarnej marki. Z Wonder Woman jest inaczej, bo to naprawdę niezły film i dobre “origin story”, ale też moim zdaniem żadna rewelacja. Na pewno nie stawiałbym tej produkcji w jednym rzędzie z The Dark Knight,  Strażnikami Galaktyki czy Iron man.

     W każdym razie warto zobaczyć. Dla fanów komiksu to będzie chyba pierwsze godne sportretowanie Wonder Woman na ekranie, a dla takich kompletnych laików jak ja to świetna okazja, żeby poznać i polubić Dianę Prince. Liczę na dobry sequel.

Comments

comments